Piszę, bo wszystko inne mniej lubię. Piszę w przerwach od fantazjowania o upiciu się z Billem Murrayem... albo odwrotnie.

Recenzja: Wyspa Psów 2

Jeżeli autoepigonizm byłby karalny, to Wes Anderson dostałby dożywocie. Jednak ile w tym przestępstwa, jeżeli dzięki temu dostajemy kolejne niesamowicie wizjonerskie pod względem wizualnym i estetycznym dzieło oraz tak samo potężny cios smutnej refleksji o ludzkim gatunku przedstawiony w konfrontacji ze zwierzęcym dla zwielokrotnienia krytyki nieporozumienia do jakiego doszło w tworzeniu człowieka. W Wyspie Psów Anderson znowu się kłania dziecięcej wyobraźni, czy zwierzęcemu systemu wartości, który zawstydza ludzki i kiedy mówimy: zachowujecie się, jak zwierzęta, przesadnie schlebiamy istocie ludzkiej. Tworzy baśń zaangażowaną, w której czujemy znowu częściowo wspólną ucieczkę z tego świata. Tylko już mniej mruga załzawionym i przyglądającym się dokładnie okiem.

Historia opowiada o rządach totalitarnych Kobayashiego, który podjął decyzję o stworzeniu Wyspy Psów. Kontrargumenty i ewentualnie zdanie sprzeciwu jest wysłuchiwanie… ale tylko dla hipnozy i uprawiania propagandy – opozycja może istnieć, ale nie zaistnieć. Wyspa psów brzmi jak raj dla zwierzątek pełen przysmaków i bez okrutnych ludzi? Nic bardziej mylnego – to miejsce jest obozem zagłady zwierząt, które ma na celu odseparowanie i podkreślenie, kto jakie miejsce zajmuje w piramidzie. Razem z charakterystyczną kamerą Andersona przesuwamy się między dwoma światami. Widzimy próby przetrwania psów na Wyspie i ratowanie się przed totalną eliminacją ich gatunku, a do tego dąży obecny rządzący z rozkapryszonym kotem na kolanach. Następuje regres w świecie, gdzie psy zostały udomowione, uzyskały ciepło zażyłości, zaproszenia do domu i wytworzyła się pomiędzy zwierzętami, a ludźmi relacja.

Na wyspie psów pojawia niepsowaty – rozbija się amatorskim samolotem zdeterminowany, młody chłopiec. Poszukuje on swojego psa, który miał być jego „ochroniarzem”, jednak relacja jaka się między nimi zawiązała jest czymś o wiele więcej – czystą miłością. Żaden z panów nie wrócił po swojego psa, mimo tysięcy klatek porozrzucanych na tym wysypisku „śmieci” – tylko on. W poszukiwaniach Ciapka, po oczywiście niezbędnym głosowaniu, pomagać mu będzie piątka charakternych psiaków, gdzie każde z nich jest pod ogromnym wrażeniem oddania panu, prócz Szefa. To pies, który nie ma pana i nie zamierza. Odróżnia się od pozostałych zwierzątek na wyspie, które cały czas tęsknią i niezależnie od dramaturgii sytuacji nie mają zamiaru zmienić swojego systemu wartości i znienawidzić rasy ludzkiej.

Dlatego od początku do końca filmu psy będą nam bardziej imponować niż ludzie. Nie warto by wiedzieć, czym są zwierzęta, gdyby nie był to środek do lepszego poznania tego, czym my jesteśmy, mówił filozof Étienne de Condillac, jego myśl pięknie filmowo realizuje i kontynuuje Anderson. Zwierzęta mają tu system wartości, potrafią demokratycznie prowadzić rządy w przeciwieństwie do nas. Dlatego zostaje oddane tu tyle miejsca perspektywie zwierzęcej – to świetne, przefiltrowane oczywiście „nawykami” autora, animal studies. To jest clue intencji Wesa Andersona – przez pryzmat psów ukazać, jak cywilizacja sama się oszpeciła i chwieje się na nogach wciągając w to naturę oraz zwierzęta, którymi miała się opiekować. Wykorzystała przewagę nad nimi w sposób, który nie zaprzecza ludzkiej inteligencji, ale pokazuje jak źle zostaje użytkowana, deficyt empatii na świecie i jak jej wskaźnik cały czas spada. Przedstawia też rozwój technologii jako zagrożenie, motyw kinu już porządnie znany, ponieważ psy mechaniczne mogą być pod całkowitą kontrolą człowieka, a przecież o to zawsze mu chodziło – o dominacje. O niej głównie jest ten film.

Oczywiście Wyspa Psów mimo fantastycznej konsekwencji tworzenia światów niby umownych, ale szalenie wymownych, w pudełkowej kompozycji, z sygnaturami twórczymi, nie dla popisania się przed widzem, jest najbardziej nieobojętnym wobec rzeczywistości filmem w twórczości artysty. Proponuje alternatywę, ale nie ucieka już tak daleko od świata, a raczej sugeruje zmianę, aktywną postawę, ofensywę w działaniu, co można nazwać oczywiście naiwnym. Ale to jednak zmiana taktyki twórczej wypowiedzi. Nie zabiera nas na inną planetę definitywnie, a proponuje zmianę obecnej.

Wszelkie działania wybitnie precyzyjnie zbudowanych obrazów, aż widać w tym obsesje perfekcji reżysera, są uzasadniona fabularnie. Szybka kamera pokazuje zmiany, które zachodzą w państwie, gdzie rządy sprawuje osoba niekomunikująca się ze społeczeństwem oraz jak łatwo i błyskawicznie człowiekowi przychodzi zniszczenie czegoś oraz jaka bezmyślność temu towarzyszy – chociaż z początku nazywa to sprytem i przebiegłością. Sztuka japońska jest tutaj doskonałym nie gratisem, a oddaniem natury miejsca wydarzeń, uczciwości wobec widza i włączenia innej kultury w swoją linię artystyczną – pięknie się ze sobą zazębiając.

Wes Anderson też mocno interweniuje w antropocentryczną wizję świata, gdyż zawsze opowiadana była jako historia, która dotyczyła człowieka, marginalizując całkowicie zwierzęta i zagarniając miejsce w kulturze dla siebie. One nie tylko towarzyszyły i towarzyszą lub zostały, zostają uwikłane, ale często mają wpływ na przebieg wydarzeń i zmuszają człowieka do zmiany zachowania – jak w Białym Bogu. To bardzo bliźniacze z postulatami Erica Barataya, autorytetu w dziedzinie badań animal studies i odczytywaniu historii na nowo.

Prócz całej ekspresji pretensji wobec świata i wybebeszenia brzydoty ludzkiego charakteru do spółki z doskonale odrobioną lekcją antropologii psów, nie można zapomnieć, że mamy tutaj doskonały humor. Jest ono mniej dandysowate, jak niektórzy określają, chociaż dalej ekscentryczne i nie do oczywistych salw śmiechu na sali kinowej. Do tego mamy zestaw aktorów, głosów pierwszej ligi aktorskiej, wśród których oczywiście większość należy do teamu Andersona, a raczej „rodziny”. No i te wszystkie przyzwyczajenia Wesa Andersona są tutaj dalej obecne – w obrazie i przekazie, a jednocześnie artysta nie stanął w miejscu i nie zżył się z tym co się udało wcześniej i wystarczy to powtórzyć, by zaspokoić swoich fanów – mimo że to oczywiście ogromne dla nich guilty pleasure.

Wyspa Psów to mocno wystylizowane kino, ale niezapominające o zbudowaniu historii. Cząstkowo oddaje psom uwagę, na którą zasługują, ale przede wszystkim na ich przykładzie buduje piękną historię o walce z klasowością, pokazuje rozbrat jaki nastąpił między człowiekiem, a naturą i tworzy z odczuwalnym przez nas bijącym sercem pean na cześć wolności oraz równości. To seans, podczas którego, idąc monokulturą Wyspy Psów, każdy wrażliwiec poszukujący sensów i znaczeń w pięknej scenerii kina dopracowanego na każdym poziomie, będzie merdał ogonem. Najwięcej o nas mówi, nie to co mówimy o sobie, ale to co robimy drugiemu stworzeniu, osobie.

Ocena: 10/10

Zostań naszym królem wirtualnego pióra.
Dołacz do redakcji FDB

Komentarze 1

Psiamatka 2018-04-20

Dobra recenzja, tylko ta puenta ja zabiła! Po co ten podział na stworzenia i osoby? Jest takie słowo „istota”. Pozdrawiam ;)

Proszę czekać…