Piszę, bo wszystko inne mniej lubię. Piszę w przerwach od fantazjowania o upiciu się z Billem Murrayem... albo odwrotnie.

Recenzja: Ella i John 0

W kinie pojawia się kolejna historia, która ma krzepić i udowadniać, że dopóki żyjesz to decydujesz. Wiek nie determinuje niczego oraz starość to też radość, a nie tylko wegetacja. Można uciec od społecznego nacisku i pokazać środkowy palec słowu „wypada”. Tak też robią bohaterowie filmu Ella i John i świetnie to wypada! Skromnie, bez bombardowania prostymi, komediowymi rozwiązaniami powstaje film niesamowicie nastrojowy, ogrzewający, ale niekłócący się z prawdą, o podróży za niejeden uśmiech, nawet jeżeli ostatniej. Wolność na czterech kołach!

Pewnego dnia Ella i John, małżeństwo z wieloletnim stażem wyrusza w podróż przyczepą, która wiele widziała, słyszała oraz jest niemalże świadkiem ich wzajemnego oddania i miłości. Nie bez powodu pojazd nazywa się Tropicielem Radości – to samo robi nasza dwójka bohaterów. Mimo poważnych problemów zdrowotnych u każdego z nich tropią radość wyruszając, by odwiedzić dom Ernesta Hemingwaya, który znajduje się w Key West, w stanie Floryda. Ta podróż ma nie tylko zaspokoić marzenie Johna, wieloletniego wykładowcy i myśliciela, który traci pamięć co kilka minut, ale potrafi zacytować na poczekaniu połowę przeczytanych książek. To ich wspólna przygoda, a jednocześnie ucieczka od dzieci i lekarzy, którzy nie są w stanie już im pomóc. Obydwoje mają świadomość swojego wieku, jednak chcą odejść, tak jak żyli – doświadczając, odczuwając, a nie skupić się w swoim życiu na przedłużaniu go.

Reżyser z doskonałym wyczuciem miesza historię o pójściu naprzeciw większości, dla poczucia może już ostatni raz całkowitej radości z kameralnym filmem o miłości. Lekkość przygód i nastrój nieprzewidywalności pięknie splata się z o wiele cięższym tematem – miłości w codziennych gestach, dbaniu o siebie nawzajem, przywiązaniu bezwarunkowym i prawdziwym realizowaniu deklaracji: oraz, że cię nie opuszczę aż do śmierci. Nie ma w tym całodobowego romantyzmu ani ckliwości – jest zmienianie bielizny mężowi, szukanie peruki przed odjazdem, ale w tym niuansach jest uczucie, które przetrwało wiele prób i definiuje pojęcie miłości bez wybiórczości komedii romantycznych – bo jest pełne naturalizmu, autentyzmu, prozy życia. Doskonale autor wprowadza nas w ich świat, który Ellen i John stworzyli sami i chcą w nim pozostać na swoich zasadach, do końca.

Emocje jakie towarzyszą naszym bohaterom są brane pod mikroskop – nie wątpimy w owe uczucie ani przez moment, ale nie towarzyszy im ekstremalny charakter historii, bez równowagi i innych wartości, naszpikowanej gagami o dwóch dziadkach co oszaleli. To autentyk dzięki doskonałemu pokazaniu bliskości dwojga ludzi przez twórcę, ale też świetnej korespondencji Helen Mirren i Donalda Sutherlanda ze sobą nawzajem i ze swoimi postaciami. Nie szarżują, nie błaznują, pokazują prawdę uczucia, które jeżeli jest silne, to nic nie zmniejszy jego atrakcyjności.

W charakterze Opowieści o zwykłym szaleństwie, z czułością Miłości Hanekego i tezą Debiutantów powstaje dzieło delikatne, ale nieseparujące nas od zegarka, który odlicza czas jaki im pozostał. Bohaterowie zagłuszają go jednak życiem wypełnionym po brzegi przygodą, a nie odliczaj spoglądają na tarczę, tak jak społeczeństwo dalej stygmatyzuje starszych ludzi. A im się też nudzi! Ella i John nie żegnają się ze swoim życiem za życia i nie zamieniają go w przetrwanie. Małe kino o wielkim uczuciu, nie do podrobienia.

Ocena: 8/10

Zostań naszym królem wirtualnego pióra.
Dołacz do redakcji FDB

Komentarze 0

Skomentuj jako pierwszy.

Proszę czekać…