Redaktor na FDB.pl oraz FilmyFantastyczne.pl.

TRANSATLANTYK 2018: Maryline 0

Dywagując nad rolą kobiet w branży filmowej, twórcy Maryline kreują tytułową bohaterkę na skromnego Kopciuszka, co się rzemiosłem aktorstwa zaczął parać. Niestety, film od początku do końca przyjmuje ramy cukierkowej baśni, w której american dream to prawda objawiona dla każdej dobrej dziewczyny z prowincji. Drażnią bohaterowie i naiwna fabuła, najgorsza okazuje się jednak toporna próba wykrzesania w widzach współczucia względem protagonistki produkcji.

Maryline ma wielkie marzenie: zostać aktorką filmową i teatralną. Jak wiadomo, nie jest to łatwe, ale trzeba bardzo wierzyć w swoje marzenia, a te w końcu się spełnią. Tak przynajmniej zapewniają twórcy prostolinijnej produkcji zatytułowanej imieniem głównej bohaterki. Pop-feminizm drażni się z oczekiwaniami widzów, głodnych ambitnych treści. Jest zbudowany z materiałów potrzebnych do konstrukcji komedii romantycznej, jednak za ich pomocą Guillaume Gallienne próbuje przekazać istotną i angażującą treść. Do tego należy dodać charakterystyczne klisze kina na wysokich obcasach, takie jak piknik nad klifem i pijane tańce-wywijańce przy winie. Finalnie twórca Maryline realizuje rozbudowane – a przez to dopowiedziane – zdanie złożone, tłumaczące każdy konflikt w filmie.

Same konflikty wypadają tu równie naiwnie, co mentorskie rozmowy prowadzone przez Maryline ze starszymi aktorami. Twórcy próbują wzbudzić w odbiorcach współczucie w stosunku do głównej bohaterki, gdy ta pomiatana jest przez kierownika produkcji. Niestety, w tej scenie znacznie łatwiej utożsamiać się właśnie z doświadczonym filmowcem. Początkująca aktorka przypomina tutaj osobę, która z kinem miała niewiele wspólnego. Przez długi czas próbuje wypowiadać prostą kwestię trzecioplanowej postaci. Każdorazowo wypada niczym Tommy Wiseau w The Room. Z jej powodu ekipa filmowa musi przedłużyć zdjęcia o – nierzeczywisty odcinek czasu w ramach szarej rzeczywistości – półtora godziny. Znając realia przemysłu filmowego, uwzględniające przelicznik czasu na planie na ilość pieniędzy oraz dopuszczalną przy tym możliwość przekroczenia budżetu, nie sposób nie zrozumieć frustracji kierownika produkcji. Jasne, ten zachowuje się jak dupek, ale niechęć widza względem głównej bohaterki również rośnie z każdą sekundą trwania filmu.

Podobnych wątków, starających się ukazać Maryline jako naczelną męczennicę francuskiej kinematografii, jest więcej. Każdorazowo szara myszka wypada naiwnie i zbyt baśniowo, przez co niemożliwym staje się nawiązanie emocjonalnej relacji z widzem. Nie pomaga w tym ogromne mieszkanie dziewczyny, ani auto za kierownicą którego uśmiecha się, macha przyjaciołom i stosuje szereg innych chwytów ocieplających jej wizerunek. Sama odtwórczyni postaci Maryline, Adeline D'Hermy, olśniewa niebanalny urokiem oraz mimiką skrupulatnie zaprojektowaną do okazywania smutku. Niestety, toporna klisza szarej myszki nie pozwala jej w pełni rozwinąć swoich zdolności, a i sama aktorka nie czuje się pewnie w lukrowym świecie wygranej pogoni za marzeniami.

Kopciuszek z filmowej baśni Maryline nie musi się specjalnie nadwyrężać i marnować czasu na sprzątanie po wrednej macosze oraz jej opryskliwych córkach. Co najwyżej wpadnie w nałóg alkoholowy, ale nie bójcie się – szybko wyjdzie z niego na prostą. Prócz tego dobra wróżka chrzestna – tu wtłoczona w ciała kilku osób, życiowych mentorów na drodze bohaterki – pojawia się na każdym kroku, głaszcząc po głowie i motywując. I jaki z tego morał? Bądź ofermą, a będzie ci dane?

Maryline to kino dobre na kobiece wieczorki filmowe przy winie i świecach. Potencjalne odbiorczynie musiałyby się jednak uzbroić w naprawdę dużą ilość alkoholu. Film może uchodzić za relaksacyjny w kręgach mniej wymagających widzów. Inni uznają go za pusty i prostolinijny. Kolejne klisze czy fabularne paradoksy za nic nie pozwolą poczuć wiarygodnej więzi z bohaterami produkcji. Ci balansują na granicy między komedią romantyczną a slapstckiem, między nawiną baśnią a próbą żerowania na modnych ostatnimi czasy treściach pop-feministycznych (by w podobnym dyskursie przywołać goszczącą obecnie na ekranach kin Jestem taka piękna!).

Jeśli szukacie tytułu, który precyzyjniej odniesie się do roli kobiet w przemyśle filmowym, czy w ogóle: w showbiznesie, odsyłam do serialu GLOW. Tam również fabuła nie stroni od prostoty, podjęta tematyka piorunuje natomiast dogłębną analizą, humorem oraz wiarygodnymi bohaterami. Czyli wszystkim, czego zabrakło w Maryline.

Zostań naszym królem wirtualnego pióra.
Dołacz do redakcji FDB

Komentarze 0

Skomentuj jako pierwszy.

Proszę czekać…