Redaktor Naczelny FDB. Od czasu do czasu, lubię obejrzeć sobie jakiś film :)

RECENZJA: Narodziny gwiazdy 0

Prawdopodobnie w tym roku doszło do narodzin wielkiego reżysera. Niesamowite, że Bradley Cooper z aktora, który zagrał kolesia w Kac Vegas ewoluował w twórcę kina, który uczestniczy w tworzeniu najważniejszych filmów roku. A Narodziny gwiazdy pomimo wielu wad można do takiej grupy zaliczyć.

Głównym bohaterem tej historii jest Jacksona Maine, zmierzający ku upadkowi gwiazdor muzyki country, który boryka się z poważnymi problemami alkoholowymi. Pewnego dnia po koncernie w poszukiwaniu kolejnej butelki whisky trafia do baru, w którym występuje nikomu nieznana piosenkarka o imieniu Ally. Pomiędzy tą dwójką zaczyna coś iskrzyć. Jack decyduje się pomóc dziewczynie w osiągnięciu sukcesu i zaprasza ją do zaśpiewania wspólnie piosenki na jego koncercie.

Najważniejszym elementem filmu Narodziny gwiazdy jest niesamowita ekranowa chemia pomiędzy odtwórcami głównych ról – Lady Gagą oraz Bradleyem Cooperem. Oglądając ich wspólnie na ekranie byłem w stanie uwierzyć w ich relacje oraz uczucie, które pomiędzy nimi wybuchło. Byłem bardzo sceptycznie nastawiony do Lady Gagi, jednak po seansie mogę bez większego wahania napisać, że była bardzo dobra. Jest rola jest naturalna i pełna luzu, widać że piosenkarka świetnie czuje się przed kamerą i w ogóle nie widać jej małego doświadczenia. Pod względem aktorskim największą gwiazdą tego filmu jest jednak Cooper. Niesamowicie trudna rola upadającego muzyka, który musi zmierzyć się z chorobą alkoholową – momentami wyglądało to tak, jakby aktor naprawdę był na podwójnym gazie.

Siłą Narodzin gwiazdy jest także muzyka. Utwór, który promował film, czyli "Shallow" jest po prostu cudowny i w połączaniu z obrazem daje piorunujący efekt. Scena, w której Cooper i Lady Gaga po raz pierwszy go wykonują jest genialna i trafia do zestawienia moich ulubionych sekwencji tego roku. Niestety w tym momencie z filmem zaczyna dziać się coś niedobrego. I chociaż Cooper świetnie rokuje, jako reżyser, to dalsze losy bohaterów, szczególnie rozwój postaci Ally, zostały przez niego popsute – najzwyczajniej w świecie ciężko jest mi uwierzyć w jej nagłą przemianę. Zresztą tak samo, jak Narodziny gwiazdy posiadają jedną z najlepszych scen tego roku, tak samo mogą pochwalić się jedną z najgorszych – rozdanie nagród Grammy. Cała scena była subtelna niczym uderzenie młotem.

Narodziny gwiazdy są mimo wszystko filmem udanym. Jest to dobry romans ze świetną ścieżką muzyczną (brak Oscara dla "Shallow" będzie absolutnym nieporozumieniem) i aktorstwem z naprawdę wysokiej półki. Reżyserskiego debiutu Bradleya Coopera nie nazwałbym najlepszym filmem roku, ale z pewnością tytułem, który należy znać. Jeśli podobały Wam się sekwencje koncertów w Bohemian Rhapsody to zdecydowanie musicie obejrzeć Narodziny gwiazdy. Pod tym względem Cooper deklasuje film o zespole Queen.

Ocena: 7.5/10

Zostań naszym królem wirtualnego pióra.
Dołacz do redakcji FDB

Komentarze 6

Marac 2018-12-11

Nieśmiało tylko szepnę, że strasznie dużo literówek jak na recenzję redakcyjną. Wiem, że własnych błędów się często nie zauważa, ale może dobrze by było, żeby przed publikacją sczytywał to ktoś inny?

rolnik_postepowy 2018-12-11

Również uważam, że "Narodziny gwiazdy" są w wielu aspektach lepsze od "Bohemian rhapsody". Ten drugi film, to tylko ugrzeczniona na maksa laurka, oczywiście ze świetną muzyką Queen, natomiast film Coopera po prostu ma to coś. Chemia miedzę głównymi aktorami. Świetne piosenki. Mnie dużo bardziej poruszył niż obraz o historii Queen.

Anonimowy 2018-12-11

Wg mnie początek tej znajomości był naciągany. Od razu było widać do czego to zmierza. Zasuszony muzyk przemierza pół miasta, żeby się napić, ale nagle widzi ją – i alkohol przestaje być ważny. Ona niby nieśmiała, wcale nie chce wychodzić z obcym, ale jeszcze tego wieczoru zdradza mu największe sekrety. Sposób opowiedzenia kolejnej takiej historii wyróżniały właśnie te sceny koncertowe. W tych akurat Lady Gaga ma duże doświadczenie, więc mnie w sumie nie dziwi efekt. BoRhap nie oglądałam, ale z tego co wiem, to film Coopera nie jest autobiografią ani na faktach, więc wszystkie sceny mógł sobie dowolnie doginać do potrzeb i zachować dystans.

Movieman Anonimowy 2018-12-11

@Urbino według mnie zadziałał w początkach ich relacji czysty przypadek i wcale nie jest tak, że nagle alkohol poszedł w odstawkę bo jednak poszli na drinka. Czy ona była AŻ tak bardzo nieśmiała? Tego do końca nie wiemy bo tak naprawdę nie poznajemy jej tak dobrze – wiemy tylko tyle, że ma lekkie kompleksy co do swojego wyglądu przez który nie mogła zrobić dotychczas kariery.

Co do koncertów i różnic – tutaj bardziej chodzi mi o samą prezencję, jeśli będziesz miała okazję obejrzeć Bohemian Rhapsody zauważysz jak dużo komputerowych efektów zastosowali twórcy co nie zawsze musi wyjść na dobre.

Anonimowy Movieman 2018-12-11

Mnie się tam jednak bardziej podobał w roli muzykującego alkoholika Jeff Bridges, a w przypadku muzycznego duetu dobrze wspominam "Spacer po linie". Był jeszcze "Honkytonk Man" Eastwooda, on też był jednocześnie aktorem i reżyserem, ale wyjątkowo jak na Clinta mnie nie powalił.

Movieman Anonimowy 2018-12-11

@Urbino ja na przykład uwielbiam filmy Johna Carneya – Once, Zacznijmy od początku i Młodzi przebojowi (fantastyczna Lucy Boynton!) :)

Proszę czekać…