Piszę, bo wszystko inne mniej lubię. Piszę w przerwach od fantazjowania o upiciu się z Billem Murrayem... albo odwrotnie.

Recenzja: Powrót Bena 0

Uzależnionym nigdy się nie przestaje być. Rodzicem również. O tej więzi wystawionej na potężną próbę, z miłością równie wielką jak niepewnością, opowiada uczciwie emocjonalnie Powrót Bena. Powroty nie zawsze niosą ze sobą jednoznaczną radość i mogą być różnie rozumiane. To trudny i piękny utwór o równie skomplikowanym i najwyższej oraz niejednej próby uczuciu. O matczynej miłości bez żadnej fałszywej, melodramatycznej nuty, a z siłą. Siła jest kobietą.

Naszą główną bohaterkę Holly, matkę czwórki dzieci, dzień przed świętami odwiedza syn – Ben. Powraca, ale nie z koledżu, wyjazdu z przyjaciółmi, czy wycieczki, a z odwyku. Nikt nie jest na to przygotowany emocjonalnie i przeczuwamy wraz z jego nadejściem jakiś niepokój. Holly w błyskawicznym tempie musi ustabilizować sprzeczne emocje. Z jednej strony jest zdezorientowana odwiedzinami syna, ale dowiaduje się od niego, że jego sponsor (opiekun uzależnionego) wyraził na to zgodę. Dzieli się z nami swoimi emocjami. To z jej spojrzeniem się konfrontujemy. Z jednej strony musi być bezwzględna, a z drugiej strony chce bez kalkulowania chwycić syna w ramiona. Ma być jednocześnie dobrym i złym gliną.

Powrót Bena doskonale pokazuje stan destabilizacji idylli rodzinnej, mimo przecież tak szczęśliwego wydarzenia, jakim jest powrót jednego z brakujących członków rodziny. Ale to kino totalnie skoncentrowane na bohaterce i w jej oczach odbija się historia Bena. Sinusoida emocji pojawia się od początku, przekraczając wraz z chłopakiem próg domu. Doskonale rozpisana trampolina emocji głównej bohaterki nie oddala nas od problemu uzależnienia syna. Na dodatek nie jest to skostniały, edukacyjny dramat rodzinny. To dowód na to, że siła jest rodzaju żeńskiego. To utwór pochwalny w stronę matczynej miłości. Czy można dalej kochać kogoś, komu nie możemy zaufać, a i on sam twierdzi, że im (ćpunom) nigdy nie będzie można?

W Powrocie Bena nie ma pornografii cierpienia, czy atakowania nas jakimiś prostymi ilustracjami psychologicznymi. Za to jest puls i impuls. Matczyny. W sytuacji ekstremalnej film przygląda się reakcjom Holly, bez oceny. Ben kompletnie nie prowokuje żadnych podejrzeń, jest wręcz nadmiernie poukładany. To właśnie prowokuje wątpliwości. Kto może znać swoje dziecko lepiej niż matka? Nikt. Zna jednak, dopóki nie jest to człowiek uzależniony od narkotyków i ta świadomość musi wysuwać się naprzód w podejmowaniu trudnych decyzji przez nią. To trudna droga dla niej i dla niego. On musiał zmienić i codziennie zmagać się z innym kierunkiem jazdy oraz zasadami ruchu, tak samo jak i Holly. Mimo że to nie ona brała/bierze, ale brała i bierze odpowiedzialność za syna. Bez jakiejkolwiek gloryfikacji, czy dorabiania aureoli mamy działającą niczym tik nerwowy miłość matki do swojego syna. Jej miłość może nieść ze sobą same szlachetne intencje, ale czasami może mieć dewastującą siłę. Ta dwubiegunowość sytuacji jest świetnie zaobserwowana. Relacja matki z uzależnionym synem jest niczym nieustanne stawianie przed wyborem bohatera z kina akcji, który by uratować świat musi podjąć właściwą decyzję jaki kabelek przeciąć.

Imponująca jest ekspresja, która nie jest wyzwolona poprzez długą oś czasu doświadczeń, a przez epizod tylko wspólnych świąt. Nie wybiera się tutaj takich klisz, które niosłyby w prostacki sposób najwięcej ciężaru dramatycznego. Dlatego ten film jest strasznie namacalny i wiarygodny, bo brak tutaj choćby grama szantażu emocjonalnego. Nikt nie idzie na skróty. Mamy tutaj człowieka, który jest czysty od niedługiego czasu, wycofanego, skromnego chłopaka, którego byśmy nigdy nie podejrzewali o rzeczy za jakie jest odpowiedzialny. Są one demaskowane skromnie podczas ponownego spotkania. Nie ma tutaj gmerania w powodach, analizy przyczyn, stanowiska naukowego wobec uzależnionego i współuzależnionej, przeszłości, a nieekstatyczne, żywiołowe i porywcze rejestrowanie lęku kobiety niezlęknionej. Jej strachu o syna, ale nie przed czymkolwiek lub kimkolwiek.

Dlatego tragedią dla naszej bohaterki jest, kiedy niezależnie od zaangażowania, nie odnosi sukcesu. Nie ochroniła swojego dziecka. To nie jest film tylko o totalnym zagubieniu i straceniu kontroli nad życiem przez Bena, ale też jego matki – poczuciu niezdarności i niewywiązania się z najważniejszej roli. Społeczna presja i konsekwencje są tutaj chwilami odsłaniane. Nikt na nią nie poluje, jak na czarownicę, ale co jakiś czas w niej samej pojawiają się wątpliwości, co do siebie. Jednak obserwacja Holly przez nas udowadnia widzowi bardzo szybko, że to o wiele bardziej złożone zjawisko i nie można rozpatrywać żadnego przypadku krótkowzrocznie.

Mamy doskonale zilustrowany huragan bez niepotrzebnego nadmiernego spięcia i kindersztuby, a z momentami wypuszczania powietrza. Nie byłoby możliwe osiągnięcie takiej szczerości, gdyby nie doskonale oddająca złożoność matczynej miłości z nerwami na wierzchu Julia Roberts, której ofensywna postawa doskonale komunikuje się z lekko defensywnym i niepewnym swoich odruchów i reakcji, niedominującym obrazu, ale będącym nie do zapomnienia Lucasem Hedgesem. Powstaje między nimi autentyczne sprzężenie zwrotne i doskonale oddana nieregularność, ale również niezniszczalność więzi. Matki często nie powodują wojen, ale są gotowe na nie pójść dla swojego dziecka.

Powrót Bena to skromny i solidny hymn o macierzyństwie. Nakręcony z uczuciem. Uzależnienie syna oczami matki wpatrzonymi w swoje dziecko, bo czuje, że kiedy je odwróci to zacznie ono błądzić i ginąć w świecie pozbawionym miłości i ciepła, jak pisał Tadeusz Różewicz. To hołd dla nieświętej, niepoświęconej, ale poświęcającej się matki boskiej dnia codziennego.

Ocena: 8/10

Zostań naszym królem wirtualnego pióra.
Dołacz do redakcji FDB

Komentarze 0

Skomentuj jako pierwszy.

Proszę czekać…