Piszę, bo wszystko inne mniej lubię. Piszę w przerwach od fantazjowania o upiciu się z Billem Murrayem... albo odwrotnie.

RECENZJA: Dom, który zbudował Jack 0

Utożsamianie artysty z demiurgiem jako refleksja umoczona w pełnej krwi historii o seryjnym mordercy. Dom, który zbudował Jack to przepełniona niemoralnością, bezwzględnością wobec istoty ludzkiej na poziomie narracji, ale również fizycznie czerwona kartka wyciągana w naszą stronę. Jest to nakaz zejścia z boiska człowiekowi przepełnionemu instynktami. Bez znieczulenia reżyser nas z tym konfrontuje. Tak, jak we wcześniejszym kinie Larsa Von Triera tezy były rozrzutne, ale nie czołobitne, tak tutaj dostajemy wszystko bezpośrednio z ogromnym uczuciem poczucia wyższości autora. To strasznie narcystyczny utwór i wykładowczy charakter odbiera nam wszystko co w kinie najpiękniejsze – intelektualne wyzwanie, łamigłówkę narracyjną, refleksję. Ten domek to żadna filozoficzna willa, a rozpadająca się chata niegościnnego wuja Triera.

Na naszych oczach Jack rozwija się jako psychopata poprzez wprowadzanie coraz to różnych i zmyślniejszych metod wyrządzania krzywdy ludziom. Na początku wydaje nam się, że na jego celowniku są kobiety. Jednak jest w tej sytuacji nieuprzedzony, jeżeli można tak to nazwać. Mężczyźni również padają jego ofiarą. Bez mrugnięcia okiem dostajemy pełną rejestrację jego dokonań, do których przygotowuje się i traktuje to jako sztukę, występ. Nawet zostawia umyślnie ślady, prowokuje, bo uwiera mu brak publiczności. Nie bez powodu takiego psychopatę kreuje w kinie reżyser. Do tego mamy głos z offu jego terapeuty, który rozkłada na czynniki pierwsze, demaskuje dumę i pewność siebie Jacka oraz pokazuje grzebiąc głęboko w psychice i w filozofii jego prawdziwe motywy. Odczuwamy wizualizacje książki pt. z dziennika psychopaty. Utwór ewoluuje wytykając nie tylko głupotę ofiar – ufnych, łatwych do zmanipulowania, ale również ludzi wokół, którzy mogą nie zareagować nawet, gdyby Jack im powiedział o swoich monstrualnie nieludzkich działaniach prosto w twarz. Gdyż to, co się nie mieści w ich świadomości jest z pewnością kpiną lub żartem.

Lars Von Trier popełnił jeden, karygodny błąd, przez który film traci jakiekolwiek substancje odżywcze. Z pyszności i dumy nad swoją naprawdę intrygującą dysputą o punktach wspólnych psychopaty i artysty, sam wszystko spoileruje i rozwiązuje. To bufonada i nieznośna autoepigonia. Nie rozchodzi się tutaj o zakręty fabularne i bardzo witalne oraz punkowe, niepoprawne opowiadanie, a o przemyślenia. Szansę na ich obecność i naszą pracę własną podczas seansu odbiera nam Lars Von Trier postacią psychoterapeuty. Ten tłumaczy wszystkie zjawiska i zachowania, które mają miejsce. Dla nas tego miejsca już brak. Dlatego aura wjeżdżania rozpędzonym autem w barierkę filmową przez reżysera nie robi wrażenia. Zamiast tego jest irytacja i żadne dekoracje oraz fikuśne zabawy w kino i kinem niestety tego nie zmienią.

Dlatego można czerpać frajdę z tego seansu na poziomie zabawy przez reżysera formą, gatunkiem i fuzją filmowych smaków. Jednak najedzeni nie wyjdziemy. Chyba, że wystarczy nam zaczepne łączenie kina rozrywkowego z poważnym studium o mordercy. Kina artystycznego (tak naprawdę artystowskiego) z kinem gatunkowym. Wszystko jeszcze podane w kompozycji przesytu muzyki rock and rollowej i czarnego humoru. Rozpasania z estetyką z Hieronima Boscha, mitologii i zaczepek z religią. Łączenia sacrum i profanum oraz ducha z biologią. To wszystko efekciarstwo. Zamiast utworu prowokującego do myślenia, jest utwór wyłącznie prowokacyjny. Prosty, wykoncypowany na cyniczny, jadowity, tak naprawdę po prostu hałaśliwy. W tym nadmiarze różnych ozdobników i prostej grze kontrastów nie dokopiemy się do czegoś innego, niż symulanctwa inteligencji, które jest bolesnym banałem przerobionym już przez kino o wiele zmyślniej. Zostajemy z kontrowersyjnym obrazem, który jest niewygodny. Niestety, to nie jest ta strefa komfortu, którą warto przekroczyć, a po prostu niewygoda wynikająca z szokowania. To nie jest wywrotowe inaczej, niż dosłownie.

Gdyby tylko Lars Von Trier w Dom, który zbudował Jack przyznał się do swoich zamiarów. Nie myślał, że odpowiadanie przed widzem na wszystkie pytania pokaże coś więcej, niż jego narcyzm, to mielibyśmy odkrywcze i inteligentne dzieło. Jednak widać w tej całej, siłowej pewności siebie i osaczania nas wiedzą o wszystkim z rozmachem, bezradność twórczą. Jack buduje dom z tego samego materiału i metodami, z którego Lars Von Trier buduje swoje przebrzmiałe ego.

Ocena: 3/10

Zostań naszym królem wirtualnego pióra.
Dołacz do redakcji FDB

Komentarze 3

PolepioneKadry

"zamiast utworu prowokującego do myślenia, jest utwór wyłącznie prowokacyjny" … świetne zdanie, samo w sobie. piękne zdanie. jeżeli chodzi o Triera to moim skromnym zdaniem już dawno zakochał się sam w sobie i to dużo, dużo za wcześnie. Mógł nam dać jeszcze choćby kilka cudownych filmów, a zamiast tego zachwycił się swoją depresją, która (gdyby chciał wyjść do ludzi) nie okazała się tak ciekawym wątkiem, jak się mu samemu wydaje.

Bernadetta_Trusewicz PolepioneKadry

@PolepioneKadry Jego megalomania to prawda, nie od dziś jest znana. ;) Ale nigdy tak mocno nie była wybebeszona i nie zaśnieżyła budowania jakiejkolwiek wartości artystycznej, a tutaj jak pisałam jest kolaż udowadniający: "mogę wszystko" i laurka dla samego siebie od siebie. Czułam jakbym przeszkadzała reżyserowi podczas filmu. ;) Temat depresji przepracowywał bardzo poważnie, odważnie, artystycznie i z fantazją, a na pewno bez samozachwytu, a skupieniem na opowiadaniu w "Melancholii". Ja naprawdę długo broniłam Von Triera, bo jego osiągnięć dla kina w narracji, eksperymencie i intelektualnej dyskusji oraz brawurze nie można mu odebrać. Ale można o tym zapomnieć niestety, jak się udowadnia kolejnym dziełem swoją twórczą bezradność.

PolepioneKadry Bernadetta_Trusewicz

@Bernadetta_Trusewicz "Czułam jakbym przeszkadzała reżyserowi podczas filmu. ;)" – uśmiałem się, kolejna perełka Twojego autorstwa. O samym omawianym dziele nie będę się wypowiadał dopóki sam nie obejrzę, ale zgadzam się z Tobą, że temat depresji w Melancholii był bardzo ciekawie ugryziony. Mnie osobiście hmmm.. zachwycił to może za dużo powiedziane, ale na pewno zaimponował ten przewrotny wydźwięk, gdzie człowiek pogrążony w depresji, bezradny i płytko zakorzeniony w życiu, nagle staje się bohaterem, który jako jedyny potrafi przyjąć, uznać i godnie powitać koniec…Ah, nie jestem zbyt dobry w wyrażaniu myśli, ale mam nadzieję, że załapałaś o co mi chodziło -P

Proszę czekać…