Piszę, bo wszystko inne mniej lubię. Piszę w przerwach od fantazjowania o upiciu się z Billem Murrayem... albo odwrotnie.

RECENZJA: Green Book 0

Komediodramat w najwyższej formie intelektualnej, ale również nieukrywający głośno bijącego serca. Żywiołowym reprezentantem tak zgrabnej kombinacji unikającej ckliwej przypowieści jest film Green Book. Z jednej strony to dzieło, które wyzwala dużo krzepiącej atmosfery, afirmując dialog. Z drugiej, forsuje poważne przemyślenia o poczuciu obcości wszędzie, gettach kulturowych, bycia codziennie zmuszanym do walki oraz naturalnej potrzebie przynależności do społeczności. To wszystko z przewrotnością, opakowane w kameralną historię drogi, gdzie film łobuzersko i specjalnie nie zawsze trzyma się pasa, ale świetnie radzi sobie za kółkiem.

Tony Lip to Włoch w najszczerszym, ale jednocześnie stereotypowym wyobrażeniu. Głośno mówi, dużo się kłóci, kombinuje, a z jedzenia w pewnym momencie planuje zrobić nawet dorywczy zawód. Ma ogromny dystans do siebie, nie ma obycia w wyższych sferach, raczej jego prace dotyczą służenia ludziom do nich przynależących. Pewnego dnia dostaje ofertę pozostanie szoferem, z szeroką definicją tego pojęcia jak się okaże, jednego z najbardziej uznanych i utalentowanych muzyków Dona Shirleya, Doktora. Tony nie należy do ludzi tolerancyjnych, a bezpośrednich, mających swoje uprzedzenia. Tutaj nagle pracę proponuje mu czarnoskóry muzyk mający w domu tron zamiast fotela i niemalże fortecę, która odcina go trochę od „zwykłych śmiertelników”. Wydaje się być człowiekiem z klasą, ale jednocześnie pewną irytującą bufonadą i ekscentryzmem. Mimo że szybciej w okresie segregacji rasowej i nierówności takiej postawy spodziewać by się mogło po Tonym. Ale film doskonale pokazuje złożoność problemu. Z powodów czysto finansowych nasz nieokiełznany Włoch podejmuje się pracy i wyruszy jako kierowca muzyka w świat wcześniej dla niego nieznany, z osobowością, wobec której ma wiele wątpliwości. Traktuje to po prostu jako fuchę, nie czuje wartościowania, bycia gorszym, ale jednak będzie przecież służył komuś o innym kolorze skóry. To on będzie na miejscu kierowcy, nie odwrotnie. Jednak droga, którą przebędą zmieni ich perspektywę od mikroświata samochodu po spojrzenie na rzeczywistość. To będzie wzajemna lekcja, a rola ucznia i mistrza będzie w zależności od okoliczności się zmieniać.

Niesamowite, jak role w Green Book są rozdane w nieoczywisty sposób i wraz z każdym przebytym kilometrem panorama się zmienia, ale nie mamy czołobitnych, zrobionych z rozmachem zmian postaw i sztucznego utylizowania różnic. Pokazuje to przyzwyczajenia, proces stereotypizacji, który jest krzywdzący, ale często zdeterminowany strachem i niewiedzą. Green Book podejmuje się opowieści o tym w ciepłym nastroju, ale nie roztapia szczerości, okrucieństwa i realiów. Pewne niewolnictwo światopoglądu wynikające z ograniczenia wytłuszcza się na przykładzie Tony’ego, którego postać ewoluuje w kontakcie z Donem. Człowiekiem niedostępnym na początku i odseparowanym od jakiegokolwiek bliższego kontaktu z kimkolwiek, prócz swojego instrumentu. I to nie jest tak grubo kreślone, jakby nam się wydawało, że coś do przepracowania ma tylko nasz charakterny cwaniaczek, ale również Shirley, który buduje mury wokół siebie ze względu na wszechobecny rasizm w zróżnicowanym stopniu nasilenia, w zależności od miejsca pobytu, co doskonale film obserwuje. Don będąc nieprzysiadalnym nie ma nawet swojej zamkniętej społeczności, jaką mieli Włosi w ówczesnym czasie w USA. On nie przynależy do nikogo i niczego, nie ma poczucia przywiązania, nigdzie nie jest u siebie. To bardzo skromnie i intymnie wygrana tragedia osamotnienia wywołana absurdem rzeczywistości. Don gra dla białych, więc są od jego talentu zależni i go pożądają, ale tak naprawdę nie wyszedł z tej klatki. Jego istnienie jest zależne od nich i jednak na pewnym poziomie jest to poczucie niższości, bo będąc genialnym muzykiem zasługuje na poważane traktowanie, a i tak dostaje je w ilościach śladowych i wymuszonych. Poza sceną, na której jest magiczny, dotkliwie wszystko wraca do „normy”. Nie przysługuje mu każda toaleta, każda knajpa, każde siedzenie. Jest w pułapce, bo jednocześnie nie komunikuje się ze swoimi afroamerykańskimi korzeniami i pochodzeniem. Odcina się od tego, gdyż nie chce przybijać piątki podziałom występując w knajpach dla czarnoskórych. Tony z czasem widzi ten potrzask i coraz bardziej zbliża się do Dona, czy sobie tego życzy, czy nie. Zmieniając swoją optykę, zmienia również i jego. Działa to również w drugą stronę. Pięknie i bezceremonialnie oraz nadzwyczaj naturalnie wypada iskrzący duet i wniosek, który niesie ich relacja, że nie są tak naprawdę w całkowicie innej sytuacji.

Tematy tutaj podejmowane ważą tony, ale nie potrzebują mównicy, światła reflektorów i łzawych scen, by nie zostały zbagatelizowane. Są poprowadzone poprzez koncentracje na komunikacji, nastrojem „hej, przygodo”. Tak naprawdę ani Tony, ani Don nie są u siebie. I rasizm nie jest taki jednoznaczny, niewiedza oraz ignorancja nie jest cechą charakterystyczną jakiegokolwiek koloru skóry. To nie proste równanie, chociaż historia nie pozostawia wątpliwości, że ofiarami padali i padają dalej Afroamerykanie.

Rasizm to nie uprzedzenia wobec osób o innym kolorze skóry, lecz systemowe uprzywilejowanie jednego koloru skóry nad innymi. Green Book udowadnia, że żaden z naszych bohaterów po pewnej rozbiórce ich charakterów, wspólnych doświadczeń o różnej amplitudzie emocji, nie jest tym uprzywilejowanym. Film ma w sobie wiele uczucia i współczucia oraz kameralności, mimo że temat jest sprawą globalną. Ich okno w samochodzie jest pewnym oknem na świat. Ważnych kwestii nie trzeba przepracowywać z wysoko podniesioną głową i estymą. Podejmować się wyczerpującej dyskusji o wartościowaniu człowieka nie w charakterze suchego wykładu, a na przykładzie energetycznej opowieści o nieprostej przyjaźni i podróży za niejeden uśmiech. Można razem zjeść rękami skrzydełko z KFC, a potem posłuchać Johna Coltrane’a. Takich trzech, jak ich dwóch, to nie ma ani jednego.

Ocena: 9/10

Zostań naszym królem wirtualnego pióra.
Dołacz do redakcji FDB

Komentarze 2

ramsayek 2019-02-05

Jak dla mnie pozytywne zaskoczenie.

PolepioneKadry 2019-02-04

Film widziałem i zgadzam się w tezach zawartych w recenzji, z tymże mnie ten film nie zachwycił aż na 9 oczek. 7,5 czy 8 owszem. Po obejrzeniu czułem, że mimo wszystkich zdecydowanie świetnych rozwiązań, o których mowa jest w recenzji, cały czas czekałem na jakiś błysk, który choć na chwilę przesłoni mi wszystkie inne filmy drogi (bo dla mnie tym ten film jest, pięknym i mądrym, a przy tym nie buńczucznym swoją pychą, filmem drogi)

Proszę czekać…