Piszę, bo wszystko inne mniej lubię. Piszę w przerwach od fantazjowania o upiciu się z Billem Murrayem... albo odwrotnie.

RECENZJA: Belzebub 0

Belzebub mimo dosyć jednoznacznej nazwy nie jest kolejnym horrorem odrysowanym z jakiegoś szablonu, czy niespotykającą się z organem odpowiedzialnym za myślenie produkcją. Ma na siebie chytry pomysł i wytwarza rozbudowaną, z kilkoma zakrętami, niejednoznaczną historię zaliczając się do horrorów sakralnych. Nie jest to rewolucyjny trop, gdyż ten gatunek ostatnimi czasy cieszy się sporą popularnością, ale tutaj ktoś zadbał o dosyć solidny scenariusz. Jednak paliwa nie starcza na cały film i w pewnym momencie produkcja robi przystanki i wdeptuje we wtórności.

Emmanuel Ritter jest detektywem, którego poznajemy w dniu zapowiadającym się na jeden z najszczęśliwszych w jego życiu. Jesteśmy świadkami narodzin jego dziecka i wita nas na ekranie prawdziwie zakochana i spełniona rodzina w pierwszych chwilach, kiedy się powiększyła. Idylla niestety potrwa bardzo krótko, a tragiczne wydarzenie, które nastąpi w życiu Rittera podziała, jak domino. W jego życiu nadejdzie ciąg nieprzewidywalnych, trudnych do objęcia i pojęcia rozumem wydarzeń. Sytuacje, które się zdarzą będą daleko wybiegać poza „kompetencje” organów śledczych. Dlatego w szeregach pojawi się Ivan Franco, który przyjął święcenia, ale nie pozostał duchownym. Jest specjalistą od śledztw paranormalnych, na tle „duchowym”. Emmanuel jest pełen sceptycyzmu i po swoich doświadczeniach z przeszłości, które poddały próbie jego wiarę i sens życia, niespecjalnie pragnie współpracować z „wróżką”. Jednak postępujące krwawe żniwa będą udowadniały, że twarde stąpanie po ziemi nie wystarczy, by powstrzymać kolejne tragedie.

Belzebub sięga do tradycji kina opowiadającego o zjawiskach trudnych do wyjaśnienia rozumem, ale w połączeniu z religią – możliwych. To podbija u widza często naturalnie strach o wiele skuteczniej, niż oswojone już przez nas abstrakcyjne potwory spod łóżka. Nie ma tu nadmiaru obecności istot, których nie można byłoby sobie wyobrazić w świecie poza ekranem i w nie uwierzyć. Dlatego dystans w produkcjach z tego odnóża gatunkowego u widza maleje. Gra to na korzyść charyzmy i inteligencji tego filmu.

Horrorowi nie wystarczy prostackie straszenie i szybkie przejście do bezpośredniej, brudnej roboty. Chce jeszcze opowiedzieć historię. Film interesująco, ale czasami dosłownie i mało finezyjnie odnosi się do miejsca, w którym osadzona jest opowieść, czyli do Meksyku. Miasto nieprzewidywalne, gdzie, jak mówi bohater „nawet ateista wierzy w Boga”, mnoży tylko powody do strachu i buduje skutecznie nastrój.

Interesujące jest również połączenie tutaj sacrum z profanum i zaangażowanie autorów w odniesienia do historii chrześcijaństwa oraz polemika ze świętością i instytucją jaką jest Kościół. Wątek pominięcia we współczesnym świecie powtórnego przyjścia Mesjasza, mimo tak wyczekującego na to przecież każdego wierzącego. Do tego motyw opętania niesie ze sobą działającą nieprzewidywalność, a bohaterowie ewoluują, nie stoją w miejscu. Mamy antychrysta, mamy egzorcyzmy, mamy inną rzeczywistość od tej ziemskiej. To wszystko nie jest mocno tendencyjnie rozegrane. Jednak potencjał tych wątków nie zostaje w historii w pełni wykorzystany. Film daje się skusić drogą na skróty, fragmentarycznymi płyciznami, jak gdyby bateria była na to za słaba w tej maszynie filmowej.

Belzebubowi nie można odmówić, że posiada wiele widocznego i skutecznego entuzjazmu w konstrukcji filmu, który ma zachcianki na ciekawiej i inaczej, co odseparowuje go od wielu nowych produkcji z nurtu sakro horrorów, a nawet horrorów w ogóle. Jeżeli ktoś chce spotkać się z produkcją pełną bodźców i większą ilością krwi, niż narracji, to poczuje się oszukany. Natomiast hołdownicy wycieczek w kulturę i religię zespawaną z podniesionym ciśnieniem będą zadowoleni. Nomen omen, Belzebub to jednak nie Omen.

Ocena: 5,5/10

Zostań naszym królem wirtualnego pióra.
Dołacz do redakcji FDB

Komentarze 0

Skomentuj jako pierwszy.

Proszę czekać…