Piszę, bo wszystko inne mniej lubię. Piszę w przerwach od fantazjowania o upiciu się z Billem Murrayem... albo odwrotnie.

RECENZJA: Honeyland 1

Honeyland w doskonały, bo dogłębnie humanistyczny i kameralny sposób w mikro skali pokazuje makro konsekwencje szkodliwość antropocentryzmu i rozbratu z przyrodą, dominacji człowieka nad naturą i rozpychania się łokciami w świecie. To intymna przypowieść o wartościach coraz bardziej archaicznych i wyborze jednostki na zdystansowanie się wobec świata nadprodukcji i turbo konsumpcji. To decyzja, która nie jest zdeterminowana strachem przed poradzeniem sobie w metropolii, a nieporozumieniem i niechęcią patrzenia na to, jak świat katuje same siebie.

Przyglądamy się codziennym rytuałom Hatigi mieszkającej w macedońskiej wiosce. To miejsce nie ma „czym” przyciągać mieszkańców. Żadnych atrakcji, sama dzikość i brak podstawowych rzeczy: prądu i wody. Hatiga mieszka ze schorowaną mamą, która od czterech lat nie wstaje z łóżka. Wydawałoby się, że po takim wstępie w widzu wytworzy się potrzeba uratowania bohaterki z tych nieludzkich warunków i ciężaru dnia powszedniego. Jednak szybko zauważamy, jak Hatiga jest świadoma swojego wyboru. Nie jest sfrustrowana, stęskniona za lepszym życiem. Znajduje czas i chęć na uśmiech częściej, niż niejeden posiadacz apartamentowca, który czuje zapach klimatyzacji, a nie kwiatów. Ta kobieta nie cierpi. Wśród jej najbliższych przyjaciół jest przyroda. Hatiga zajmuje się produkowaniem miodu na skromną skalę. Połowę gotowego „dania” zostawia jej żywicielkom, a połowę sprzedaje na targu, gdzie jest niesamowicie ceniona za jakość swojego produktu i traktowana przez wszystkich z ogromną sympatią. Pewnego dnia Hatiga i jej mama będą mieli sąsiadów. Są oni kompletnym rewersem naszej bohaterki. Sztuka umiaru i minimalizmu ich kompletnie nie interesuje. Kobieta z początku otwarta na nowych towarzyszy, dzieląca się nawet doświadczeniem w pszczelarstwie, niestety zostanie „upomniana” jak jest skonstruowany współczesny świat. To ludzie pełni ignorancji, nierozumiejący że są w gościach na ziemi. Zachowują się, jak barbarzyńcy, udowadniając jak człowiek utożsamia komfort i szczęście ze stanem posiadania.

Honeyland mimo, że jest przypowieścią o krainie miodem płynącej, to wcale nie doświadczymy tu samych słodkości. Jednak w atmosferze spokoju, pewnej medytacyjnej narracji komunikatywnej z codziennością Hatigi pojawi się zgrzyt, którym będą ludzie z zewnątrz. To oni symbolicznie reprezentują kompletnie inną postawę i są podręcznikowym przykładem niszczycielskiej siły i składową samozagłady ludzkości. Ich żądlą pszczoły, a oni Hatigę.

W tym wzruszającym dokumencie jest też trochę naturalistycznej przypowiastki filozoficznej. W ciepłej atmosferze, pięknie wydobytym z rzeczywistości, niedopisanym filmowymi trikami, historia odnosi się doskonale do zdania z "Kandyda": Trzeba uprawiać swój ogródek. Hatiga to robi, jednak wtrąca jej się w to bardzo celnie pokazana w swojej nieporadności cywilizacja. Ta rodzina z zewnątrz rozgrabiła naturę, czyli jej świat, z którym żyła w symbiozie. To film celnie, czule i jednoznacznie kwestionujący współczesny system wartości, gdzie nie ma potrzeby, by rozejrzeć się dookoła siebie.

Honeyland to kraina coraz mniej uchwytna, a tak bardzo potrzebna, której Hatiga jest jedną z ostatnich przedstawicielek. Bez maniery strofowania, dokument z wielką urodą na przykładzie pozornie niedbającej o rozgłos historii, zbudowanej z niuansów, pokazuje jaką wielką łyżką dziegciu w beczce miodu dla natury i harmonii jest współczesny człowiek.

Ocena: 9/10!

Film obejrzany podczas 16. edycja Millenium Docs Against Gravity.

Zostań naszym królem wirtualnego pióra.
Dołacz do redakcji FDB

Komentarze 0

Skomentuj jako pierwszy.

Proszę czekać…