Black Bear Filmfest: Dzień 3

Niedziela na Black Bear Filmfest należała do zombie. Jednak maraton rozpoczął się od urugwajskiej animacji Anina. Rudowłosa uczennica otrzymuje od dyrektorki za karę zapieczętowaną kopertę, której pod żadnym pozorem nie może otwierać przez tydzień. Piękna, mądra bajka. Dla dorosłych widzów może być nieco przewidywalna, ale maluchów czeka na niej sporo frajdy. Dziwne że jeszcze żaden dystrybutor w Polsce nie zdecydował się na wprowadzenie jej do kin. Patrząc na box office, taka animacja to gwarantowany sukces frekwencyjny.

Niezwykle przyjemnym zaskoczeniem okazała się komedia z Bollywood Go Goa Gone. Trzech Hindusów udaje się na wyspę, gdzie odbywa się szalona impreza zorganizowana przez rosyjską mafię. Dzień po balandze uwięzieni na wyspie przyjaciele muszą stawić czoła inwazji zombie, o których do tej pory mieli niewielkie pojęcie, więc nie bardzo wiedzą, jak z żywymi trupami mają walczyć. Ale pomaga im w przetrwaniu rosyjski mafioso. Szaleńcza zabawa konwencjami, śmieszne żarty i wyśmianie hollywoodzkich filmów akcji o zombie są siłą tej lekkiej fabuły. Dobre towarzystwo, nieco alkoholu i niezapomniana zabawa będzie murowana.

O zombie traktuje także amerykański film niezależny Gra o wszystko. Dwóch mężczyzn przemierza Stany Zjednoczone w postapokaliptycznym świecie zawładniętym przez żywe trupy. Ciężko określić ich przyjaciółmi, bo znali się jeszcze przed wysypem zombie, ale nigdy za specjalnie się nie kolegowali. Teraz są niejako skazani na swoje towarzystwo. Dlatego gdy jeden z nich przez krótkofalówkę nawiązuje łączność z nieznajomymi ludźmi, za wszelką cenę chce zamieszkać w ich obozie. Jednak widzowie lubujący się w oglądaniu watahy truposzy mogą się poczuć zawiedzeni, gdyż jest to głównie studium psychologiczne dwóch ocalałych osób, którzy mierzą się z nudną codziennością bycia wymierającym gatunkiem. Zombie pojawiają się dosyć rzadko.

Z Ameryki przybył także film Prawie jak człowiek. Pewien mężczyzna po dwóch latach od tajemniczego zniknięcia powraca do swojego rodzinnego miasteczka, zabijając niemal każdego, kogo spotka na swej drodze. Scenariusz jakby był pisany do nakręcenia parodii tego typu horrorów. Jednak ton, w jakim film został zrobiony, jest śmiertelnie poważny. Dlatego produkcja ta nie sprawdza się ani jako farsa, ani jako straszydło. W przeciwieństwie do Go Goa Gone tutaj potrzebne byłyby hektolitry alkoholu, żeby odnaleźć w niej choć odrobinę żartu.

Odbiegającą od wyżej wymienionych pozycji okazała się irlandzka Miłość na wieczność. Jest to poetycka historia wyalienowanego młodego mężczyzny, odkrywającego niebywałą satysfakcję z przebywania ze zmarłymi kobietami, ale nic nie jest wieczne, nawet rozkładające się zwłoki ludzkie. Nekrofilia, która została ukazana w niezwykle subtelny sposób, jest tylko tłem fabuły traktującej o poszukiwaniu miłości, zrozumienia, bliskiej relacji z drugim człowiekiem. Piękny film, choć z niezbyt przekonującą końcówką. Po seansie odbyło się spotkanie z producentem Conorem Barry'm i aktorką Pollyanną McIntosh. Oni także zaznaczyli, że nie postrzegają Miłości na wieczność jako filmu o nekrofilii.

W poniedziałek (9 grudnia) zapraszamy do warszawskiej Kinoteki na kolejne pokazy:
17:30 Apostoł
19:30 Tanie podniety
21:30 Krwawy lodowiec


Piotr Biernacki
Fan amerykańskiego kina niezależnego.