Recenzja: Pasolini

Pasolini wielkim człowiekiem kina był – prawda absolutna. Nie ma potrzeby robienia filmów potwierdzających tę teorie, gdyż o prawie powszechnego ciążenia produkcji też się nie robi. Oczywiście, kino biograficzne jest trudniejsze, niż nam się wydaje. Dawno przestała mu wystarczać własna gatunkowość, zaspokajająca się poprawnością, bez miejsca na autorskie dłubanie. Może być wyznaniem fetyszysty, kuciem pomnika na ekranie lub publicznym wzwodem. Przewrotnie jednak, może nie być projektem napędzanym zachwytem, a odbrązowieniem lub łyżką dziegciu w beczce miodu. Najgorzej jednak, kiedy trema wobec rozbudzanej legendy jest zbyt ogromna i mimo ogromnych ambicji kreacyjnych, wychodzi dezorientacja.

Pasolini duetu Ferrara i Braucci to próba wyminięcia tendencyjnego kina biograficznego. Brak tutaj przeszczepów realistycznych, przywoływania narratora, zdjęć z albumów rodzinnych. Zamiast 120 dni Sodomy, mamy kilkanaście ostatnich godzin z życia wielkiego autora. Nielinearna projekcja zaciera granicę pomiędzy dniem powszednim artysty, a imaginacją i wędrowaniem do urzeczywistniania kolejnych pomysłów na filmy. Mamy tutaj luźny zbiór wspomnień, które konstytuują najważniejsze żywioły życia i twórczości kontrowersyjnego autora: ekspresja, impresja i perwersja, w różnych układach planetarnych.

Autorzy umyślnie tworzą film w filmie, upoetyczniają obraz, stosują wymiennie przeszłość, teraźniejszość i przyszłość by nie zasiedzieć się na obyczajowej pogadance przy słabo zaparzonej herbatce. Do niecierpliwie budowanego wizerunku filmowca całą dobę, dodają Pasoliniego reformatora, filozofującego nie tylko kamerą, ale również słowem. Sztuka to faszyzm, a autor nie bawi się w kompromisy tylko żąda władzy absolutnej. Próbują przypomnieć coś, co już wszyscy wiemy – że to nadpobudliwy intelektualnie, twórczo i zaangażowany w boksowanie zastanego porządku, artysta był.

Więc gdzie jest problem w tej, zaangażowanej po uszy, produkcji? Właśnie w tej zachłanności i mnogości perspektyw. Twórcy nie poddając pod wątpliwość złożoności tej wielkiej postaci, sami się wywrócili na próbie opowiedzenia za jednym razem wszystkiego – na dodatek kinem nieśpiesznym, kontemplacyjnym, bardzo estetyzowanym. By pokazać Pasoliniego w intelektualnej formie, negliżu emocjonalnym (wątek seksualności nie mógł zostać pominięty) podczas obiadów małych i fet wielkich, narracja z fotela bujanego musiałaby ustąpić karabinom maszynowym. Tylko po co bawić się w głośne wyliczanie, licząc że od samej modulacji głosu ktoś się zarumieni. Pasoliniemu brak tezy i to jest składnik, bez którego ten organizm nie pozostanie w zdrowiu. W biografii która jasno artykułuje ambicje bycia czymś więcej, postać nie jest wystarczająco skuteczną klamrą i nie może być jedynym argumentem do powstania filmu.

Pasolini jest nadęty, jak gdyby jakość mu przysługiwała z urzędu za samo opowiadanie o włoskim reżyserze. Jednak film stoi i się zastanawia – ale nas do tego nic nie prowokuje – prócz kilku mądrych zdań wypowiedzianych ustami hipnotyzującego Defoe. W tym filmie jest za dużo na poprawną laurkę, a za mało, za dziewiczo, niezbyt precyzyjnie, na nowe tchnienie.

Ocena: 5/10 (dociągnęłabym do 6 za klasę i kurtkę skórzaną Defoe)