RECENZJA: Walser

Sztuki wizualne i film są zespolone ze sobą, niezależnie jak bardzo emanują swoją indywidualnością. Ten pierwszy, bo z niego zaczerpnięto (lub splagiatowano – zależy kto w jakiej szkole nazywał niesamodzielność). Ten drugi, bo czerpał z tego pierwszego. Zbigniew Libera, uznany artysta w świecie sztuki wizualnej, dokonuje sprzężenia tych dwóch światów – sąsiadów bardziej – próbując przeszczepić swoje metody na środowisko filmowe. Artysta stwierdził, że potrzebny jest mu debiut Walser. Niestety, ale tylko jemu.

Czuję dyskomfort, ale nie dlatego że śmiem powątpiewać w jakość twórczości jednego z ostatnich wiernych sztuce jako zaangażowanej wypowiedzi, a nie afektywnego aktu egoizmu i żebractwa o uwagę. Po prostu wiem jak w świecie umownym ten artysta potrafi być wymowny, jak swoją sztuką poniża świat, przyłapuje i odpytuje człowieka z niego samego. Tutaj Libera udaje Kolumba kina, jednak na tych ziemiach już dawno mieszkają ludzie i trochę karykaturalnie brzmi jego: Eureka!

Walser to świat alternatywny, po wcale niealternatywnym końcu cywilizacji. Mamy pewne plemię, którego spokój zburzy pojawienie się urzędnika kolejowego. Dostaniemy tutaj wywróconą do góry nogami surrealistyczną spedycję Bronisława Malinowskiego, gdzie to nie Inny jest zainteresowany białym, tym oświeconym człowiekiem, a kolejarz tym Innym.

Postulaty filmu są jasne. Reżyser nie krzepi nadziei na regenerację ludzkości, a z ulgą zakopuje ją na tyle głęboko, by nie zmartwychwstała. Może nawet nie trzeba jej grzebać, a prostu wystarczy być cichym obserwatorem jej powolnej procesji żałobnej. To odruch charakterystyczny dla obecnej twórczości Zbigniewa Libery – przede wszystkim po za kinowej. Z etapu rozliczania własnych lęków przechodzi do lęków na skalę masową, masowo je wizualizując pod postacią – oczywiście – futurystycznej odbitki.

Prócz apokalipsy zmieniającej status z niewidocznego, na dostępny, mamy ekstremum konfliktu wszechświata i natury w furii słowa – niczym w „Wojnie” La Clezio. Słowna i dialogowa rozgrywka jaka zachodzi pomiędzy postacią kolejarza, a ludu mającego własny język, to symboliczna kapitulacja sensu, regresu jako ostatniej deski ratunku, straconej szansy na przeproszenie natury. Nie tylko zapomnieliśmy oddzwonić, czy nie złożyliśmy życzeń na Dzień Matki. Wykorzystaliśmy naszą starą.

Libera potrafi grać wybornie w komunikacje wizualną, ale nie wziął pod uwagę różnicy pomiędzy prowadzeniem narracji w kinie, a w galerii sztuki. Tak naprawdę jest przekonany, że ruchome obrazy to ruchome obrazy i nie może być mowy o pomyłce. Jednak jego koncept się rozpada, jest nieczytelny, nieznośnie introwertyczny i poszatkowany – chaos jako wypadek, a nie wypadkowa umyślnych działań. Mało tego, mam wrażenie, że Libera wpada w pułapkę ignorancji przeszłości kina (bo to już było w każdym tego słowa znaczeniu), dlatego nie jest w stanie zaproponować jego przyszłości – tylko jąka się art housem i wierzy, że jest mocno eksperymentalny. Zbigniew Libera dalej walczy, humanitarnie podważa wszystko, niezmiennie bałagani w burdelu cywilizacyjnym. W filmie jednak artykułuje to wszystko niewyraźnie, a jego narzędzie w Walserze jest poważne i dotkliwe, jak tekturowa szabelka.

Ocena: 4/10