Recenzja: Chevalier

Wszyscy znamy nieustannie szlifowany przez kino mit męskości. Ciało na zewnątrz i te kulturowe składa się z muskułów braterskości, odwagi, ratowania damy w potrzebie – nawet jeżeli ta jest feministką w lateksie. Grecka Nowa Fala wydała kolejne ekscentryczne i charakterystyczne potomstwo. Tym razem mniej awangardowo, a bardziej dokumentalnie się wypowiada, by podjąć polemikę i odpiąć trochę proporczyków z tego odwieszanego coraz częściej do szafy kostiumu prawdziwego mężczyzny – jaskiniowca i romantyka w jednym. Właściwie, Chevalier nie polemizuje, a rejestruje jak codzienna, uważna obserwacja staje się niechcący prawdziwą antropologią.

Wyprawa statkiem sześciu mężczyzn, gotowych na przygody. My razem z nimi. Jednak nie będą to niszowi Piraci z Karaibów, czy Wodny Świat. Kamera tak naprawdę leniwo wyjrzy kilka razy poza burtę. To co dla niej najciekawsze odbędzie się na pokładzie. Towarzystwo najróżniejszych osobowości podejmuje grę, której podstawą oczywiście będzie rywalizacja. Jednak nie będzie w niej chodzić o prężenie muskułów czy zakładanie fight clubu, a o bardziej cywilizowane poznawanie siebie nawzajem – bazujące jednak mocno na manipulacjach i psychologii. My natomiast poznamy męską naturę, trochę zaktualizowaną o to co nie widać na siłowniach i w warsztatach samochodowych.

Athina Rachel Tsangari wprowadza bohaterów w eksperyment, a my czujemy pewną laboratoryjną, ale w przyjemniejszych warunkach, ekspertyzę płci kulturowej. W tej inteligentnie skonstruowanej i spójnej o jedność czasu, miejsca i akcji historii jest wymieszanie matematycznego diagnozowania męskości pełnej antagonizmów z rytmicznym kinem slow ciemna. Wszelka akcja dokonuje się za pomocą języka, on też jest fetyszyzowany przez Grecką Nową Fale. Słowa kontrolują bądź dezorganizują. A słowo ciałem się stało i się sobie przyglądało. Nieprzypadkowo regulamin pojawia się i w życiu bohaterów i w zdyscyplinowanej symetrii obrazu, która ulega rozbiciu wraz z przebiegiem "konkursu" niosącego wzajemną analizę. Nadmierna kontrola i życie na podsłuchu powoduje zachwianie pozycji stania na baczność. Trwanie w czujności całą dobę jest niemożliwe.

Film knuje intrygę stworzenia większego filmu hipnotyzując nas lekkim kołysaniem statku, kiedy tak naprawdę prawdziwe sztormy dzieją się w głowach i słowach naszych bohaterów. Czy to rywalizacja jeszcze o punkty, czy już o poczucie męskości? Reżyser wydaje się być również w ten konflikt uwikłany – trafia pod swój mikroskop. Występy artystyczne to śpiewanie kobiecych piosenek z mruganiem oczkiem, punkty zdobywa się za najniższy cholesterol, a braterstwo krwi wygląda jeszcze mniej pociągająco niż aseksualna scena na dachu w Kac Vegas. Humor jest tutaj doradcą, pełni siłę sugestywną. Nie odwraca naszej uwagi, nie jest dygresją, czy infantylizacją obrazu.

Chevalier ciepło i błyskotliwie sprzeciwia się podbijaniu legitymacji męskiej dominacji, a raczej z umiejętnym sarkazmem i świetnie rozłożoną ironią, bez ośmieszania, wciąga nas za kulisy człowieczeństwa.

Ocena: 7,5/10