Nowe Horyzonty: Klient

Farhadi przyzwyczaił nas swoimi mikro dramatami do makro spustoszeń i podglądania człowieka w całości, a nie konkretnej grupy społecznej. Nie wikła się wyłącznie w swoje irańskie pochodzenie, a jego thrillery moralne rozgrywa z całkowitym zaangażowaniem obu stron. W Kliencie znowu mamy do czynienia z kinem konfliktów wewnętrznych, którego nie strzepiemy błyskawicznie z ramion. Stajemy się uczestnikami, naturalnie odsyłani do własnych antagonizmów. Jesteśmy sprowokowani do czegoś więcej, niż roli obserwatorów dramatu.

Nasi główni bohaterowie, małżeństwo, grają razem w teatrze. Wystawiają sztukę „Śmierć komiwojażera”. Sens wyboru akurat tego spektaklu bardzo szybko zostanie nam odkodowany i sparuje się się z wydarzeniami mającymi miejsce poza deskami teatru. Zupełnie niepozornie, wśród dni wypełnionych próbami, codziennymi potyczkami z prozą życia, dojdzie do pewnego niegroźnego wypadku – pomyłki. Jednak jej konsekwencje, będą miały o wiele większe znaczenie dla wydźwięku całego utworu.

Farhadi znowu robi to, co umie doskonale i na najwyższych rejestrach skupienia buduje historię lawinowo. W skromnych warunkach dokonuje mocno emocjonalnej i intymnej obserwacji, jak ludzie wywiązują się ze swoich ról społecznych i jakiemu rozregulowaniu ulegają w sytuacjach kryzysowych. Podgląda ich wewnętrzne rozprężenia i delikatną strukturę, którą życiowa bessa potrafi zniekształcić. Nasza bohaterka przez przypadek zostaje zaatakowana we własnej łazience przez człowieka, który pomylił ją z wcześniejszą lokatorką. Ta miała wielu „przyjaciół” i prawdopodobnie jeszcze więcej nierozwiązanych spraw. Nieprzypadkowo reżyser pozostawia wielokropek i ustawia nas w roli pytających, a nie świadków zdarzenia. Widzimy dopiero wszystko po fakcie i możemy tylko się domyślać na ile została skrzywdzona, kim był napastnik i jak to się rozegrało. Farhadi sugeruje, że nie o sam akt nieuzasadnionej przemocy chodzi, a o konsekwencje zajścia w relacji małżeństwa. Rzeczywistość i naturalnych odruch sugeruje, że bohaterem powinien zostać jej mąż. Powinien pójść na policję lub próbować dokonać zemsty.

W półtonach widzimy jego rozkrok pomiędzy kilkoma modelami zachowań. Tutaj też ujawnia nam się sens zaangażowania utworu „Śmierć komiwojażera”. Tak jak na scenie, tak i tutaj następuje pewna aktualizacja ról społecznych i brak gotowości na zderzenie czołowe z rzeczywistością. Krzywdy doznaje nie tylko nasza bohaterka, która prócz uszczerbku na zdrowiu, boi się pozostawać sama w domu i żyje w lęku po wypadku. Rekonstrukcji ulega też mit życia naszego bohatera. Wszelkie wartości i porządek jego świata został zachwiany. Nie potrafi obronić żony, nie potrafi zareagować w tej sytuacji. Miota się w podejmowanych decyzjach, przemierzając dystans gdzie metą nie okazuje się satysfakcja z podjętych kroków, a śmierć ideałów i medal za pobudkę z życia, które okazało się jego wyimaginowaną i podkręconą wersją, długo naśladującą rzeczywistość.

Farhadi swoje klaustrofobiczne przestrzenie mebluje we wszelkie wątpliwości i rozczarowania, najczęściej bohaterów samymi sobą. Nie robi tego w żadnej rozbuchanej formie, nie jest rozrzutny formalnie, a centruje akcję w interakcji. Jest konsekwentny w budowaniu napięcia bez składników innych, niż te oferowane przez folwark zwierzęcy… a raczej ludzki. Autor nic nie udoskonalając w żadnym z kolejnych filmów, za każdym razem robi coś nowego. A jego produkcje to dreszczowce znajdujące źródło strachu nie na zewnątrz świata, a w środku człowieka i jego mechanizmów.

Klient kwestionuje świat od początku do końca i bez wyskokowych metod robi skok na strefę komfortu widza. Rozszarpuje naszą dotychczasową wiedzą o człowieku, czyli o sobie i nie załagadza niczego. Jest smutny, bo kiereszuje wszelakie iluzje spokojnego życia. Człowiek prędzej skręci sobie kark, niż wypatrzy gwiazdę z tego podwórka.

Ocena: 8/10