RECENZJA: Mroczne dusze skandynawskich elit

Cztery osoby w kominiarkach stoją nad swoimi ofiarami. Przyglądają się z uwagą, w myślach układają plan działania, który za chwilę wprowadzą w życie, z lubością oddając się wyszukanym aktom przemocy. Skądś to znamy, prawda? Z tym że „Złodzieje bażantów” przeciwnie do Funny Games Michaela Hanekego nie są apoteozą czystej agresji, tylko mozolną wędrówką w stronę jej zapobiegania i karania. Samobójstwo jednego ze starych policjantów zwraca uwagę na zbrodnię z przeszłości, którą postanawiają rozwiązać detektywi z Departamentu Q.

Carl (Nikolaj Lie Kaas) i Assad (Fares Fares), zwani przez kolegów Lumpem i Arabem , tworzą mały wydział policji zajmujący się nierozwiązanymi sprawami sprzed lat. Zabójstwo dwóch nastolatków sprzed 20 lat doprowadza ich do prestiżowej szkoły z internatem, która wykształciła współczesne elity Danii. Czy to tam uczyli się mordercy? Kim są i jak działają? Mikkel Norgaard dość szybko udziela odpowiedzi na dręczące nas pytania, nie buduje napięcia w oparciu o zagadkę i niewiedzę, lecz skupia się na wyścigu z czasem w dotarciu do jedynego żywego świadka tamtych wydarzeń – Kimmie (Danica Curcic i Sarah-Sofie Boussnina w retrospekcjach). Dziewczyna zniknęła bez śladu i od lat nikt jej nie widział. To ona tamtej nocy zadzwoniła na policję, przez co jest poszukiwana również przez sprawców zbrodni.

Choć na pierwszym planie króluje duet policjantów dobranych na zasadzie kontrastu: młody z poczuciem humoru i szorstki, doświadczony, to opowieść Norgaarda zdecydowanie oddaje pola wyrazistej postaci kobiecej. Kimmie to ofiara własnej seksualności, która z współpracownika i oprawcy szybko staje się pokrzywdzoną. Zamknięta w klatce młodzieńczej miłości, traci wolność, niezależność i nadzieje na przyszłość. W Zabójcach bażantów jest przewodnikiem po mrocznym świecie przemocy i kluczem do zdobycia dowodów niezbędnych do skazania oprawców. Najbardziej złożona i intrygująca postać niestety nie unika popadania w schematy i klisze, które mogą bawić i razić. Szczególnie trudno uwierzyć w jej nagłe zmiany zachowania od chorej psychicznie do pełnej świadomości kobiety, której głównym celem jest dokonanie zemsty. Trauma z przeszłości kontra pewna siebie dziewczyna, która niczym Lara Croft zmierza do celu i wymierza sprawiedliwość.

Zabójcy bażantów utrzymują poziom skandynawskiego kina kryminalnego, ale nie oferują niczego więcej. Stają się emocjonalną wędrówką, pełną trzymającego w napięciu aktorstwa i klimatu. Ponownie zwracają uwagę na patologię i bezkarność ludzi z wyższych sfer, którym znajomości i pieniądze zapewniają bezpieczeństwo. Norgaard nie diagnozuje społeczeństwa, nie unika schematów i nadmiernych uproszczeń, które prowadzą do przewidywalnego zakończenia, choć nie do końca po myśli policjantów. Jeśli jest zbrodnia, musi być i kara, a Carl jest w stanie poświęcić wiele w imię sprawiedliwości. Oby duet Carl i Assad zagościł ponownie na ekranach, ponieważ tkwi w nim ogromny potencjał, a przy tym odrobina humoru.