RECENZJA: Wyprawa do Nudolandii

Od kilku lat panuje niepokojący marazm, jeśli chodzi o wielkie hollywoodzkie widowiska. Wciąż tylko sequele, prequele, rebooty i remake’i. Oczywiście zdarzają się próby stworzenia czegoś świeżego, jednak kończą się one bardzo często wielką klapą. Od razu na myśl przychodzą tegoroczna space opera rodzeństwa Wachowskich – Jupiter: Intronizacja oraz film fantasy Disneya – Kraina jutra. Wydawało się, że to właśnie te dwie produkcje będą walczyły o miano największej kasowej wpadki tego roku. W październiku przybył im jednak poważny konkurent, w postaci Piotrusia i jego wyprawy do Nibylandii.

Twórcy serwują widzom początek przygody postaci znanej z powieści dla dzieci autorstwa Jamesa Matthew Barrie’ego czy też klasycznej animacji stworzonej przez Walta Disneya. Pewnej nocy tytułowy Piotruś zostaje porwany z sierocińca przez piratów, z odległej krainy zwanej Nibylandią. Tam trafia do kopalni potężnego Czarnobrodnego, gdzie wydobywany jest magiczny pył o nazwie wiecznium. Piotruś zaprzyjaźnia się z Kapitanem Hakiem, z którym postanawia ucieć spod tyranii złowrogiego pirata i odnaleźć wioskę rebeliantów, nazywanych dzikusami.

Ta historia naprawdę fajnie się zaczyna. Poznajemy Piotrusia i jego przyjaciela, którzy na co dzień muszą toczyć boje z paskudną siostrą zakonną. W tym przepychankach jest sporo humoru i nieźle nakreślone relacje pomiędzy dwójką chłopców. Im naprawdę się kibicuje w tym pojedynku. Aż chce się wykrzyczeć – bo to zła kobieta była! Później dostajemy fantastycznie nakręcony atak piratów, którzy kradną dzieci z sierocińca oraz ucieczka wielkiego pirackiego statku przed… wojskowymi samolotami. I tak naprawdę na tym kończy się magia tej produkcji.

Nibylandia wita Piotrusia piosenką… Nirvany "Smells like teen spirit". Wtedy też poznajemy Czarnobrodego, granego przez Hugha Jackamana. Nie jestem fanem kupowania popcornu w kinie, jednak patrząc na te – nawet nie wiem jak je nazwać – absurdalne wyczyny gwiazdy serii X-Men na ekranie, miałem ochotę zerwać z tym postanowieniem i pójść do barku zakupić mały kubełek prażonej kukurydzy. Tylko po to, żeby mieć czym rzucać w ekran, na którym pojawiał się aktor ze śmiesznie wyglądającą bródką i pomalowanymi oczami. Naprawdę jeżeli tak ma wyglądać dalsza część kariery Jackmana, to ja już wolę żeby on nie tylko zrezygnował z kreowania postaci Wolverine’a – niech od razu idzie na emeryturę.

Gość z takim potencjałem musi grać w produkcjach godnych jego talentu. Niech nie idzie drogą Johnny'ego Deppa, któremu teraz bardzo ciężko wyjść z szufladki Jacka Sparrowa. Reszta obsady raczej niczym się nie wyróżnia. Po prostu sobie są. Odtwórca głównej Levi Miller niczym się nie wyróżniał, w zasadzie to po seansie gdyby ktoś pokazał mi zdjęcia kilku chłopców to pewnie bym nie potrafił wskazać jego fotografii. Rooney Mara jest śliczna i w zasadzie tyle można powiedzieć o tym występie. Z kolei Hakowi sportretowanemu przez Garretta Hedlunda bliżej do kogoś w stylu Indiany Jonesa, aniżeli buntownika mającego walczyć po stronie rebeliantów. Na ekranie migną Wam również Amanda Seyfried i Cara Delevingne.

Ile to już w ostatnich latach dostaliśmy produkcji o wybrańcu? Tym jedynym, który może uratować świat przed złem? To już stało się nudne i przewidywalne. Ale wiecie co? To nie to w tym filmie jest najgorsze. Najgorsza jest pycha i pewność siebie twórców, którzy musieli być niesamowicie pewni swojego sukcesu. Furtka do kontynuacji została tak szeroko otwarta, że na raz mogłyby z niej wyjść ze dwie kontynuacje od razu. Na szczęście obraz nie odniósł wielkiego sukcesu kasowego w Stanach Zjednoczonych, więc szansa na sequel jest w zasadzie zerowa. I bardzo dobrze.

Żeby była jasność – to nie jest zły film. Niestety nie jest również dobry. Jest to jeden z tych hollywoodzkich blockbusterów, który tak naprawdę niczym nie wyróżnia się na tle innych produkcji stworzonych za wielkie pieniądze, po to żeby zarobić jeszcze większe pieniądze. Gwiazdy w obsadzie? Są. Nadmiar efektów specjalnych? Jest. Akcja i efekciarstwo zamiast historii? Również. Piotruś. Wyprawa do Nibylandii to obraz do bólu poprawny, który z pewnością może spodobać się młodszym widzom. Rodzice zapewne nie będą mieli większych zastrzeżeń do filmu, który serwuje dosyć uniwersalne przesłanie o sile przyjaźni i walce dobra ze złem. Reszta widzów może uznać go jednak za zbyt infantylne kino, przeładowane efektami specjalnymi, od których w pewnym momencie może zakręcić się w głowie.


Gracjan Mikitin
Redaktor Naczelny FDB. Od czasu do czasu, lubię obejrzeć sobie jakiś film :)