RECENZJA: High-Rise

Zmutowany i terroryzujący swojego stwórcę kapitalizm i konsumpcjonizm, to już nie obawa jutra, a stały gość teraźniejszości. Wszyscy gdzieś tam chcemy, by niektóre kadry z Wielkiego Gatsbiego były naszymi życiorysami. Po każdym porządnym melanżu jednak nadchodzi kac, a im dłuższa impreza, tym głowa pulsuje boleśniej. O to chodzi w High Rise – o tę suchość na drugi dzień, a przecież tyle wczoraj wypiliśmy. To godna kina dużych chęci, ale rozleniwiająca się po drodze, dystopia.

Nasz bohater (w końcu uczesali tego Hiddlestona), uznany lekarz, wprowadza się do elitarnego wieżowca, który wydaje się odcięty od innej architektury miejskiej, jak jego mieszkańcy od zwykłych śmiertelników i przeciętnych obywateli. To małe państwo w państwie, to twierdza, której fosą jest niemoralny status finansowy – tutaj synonim statusu społecznego.

Film chcący mocno zostać ekranizacją książki „Wieżowiec” J.G Ballarda, o ironio, z literaturą ma mało wspólnego (mówiąc tutaj o znanej definicji, że kinu najbliżej ze sztuk do literatury). Siłą ekspresji i środkiem ekspansji wizji reżysera, jest przede wszystkim bodziec słuchowy i wzrokowy. Dla siły narracji zabieg to nie zawsze skuteczny.

High Rise to karykaturalny i piekielne celny portret współczesnych elit. Oglądamy stworzony z ogromnym rozmachem i wyobraźnią obłąkańczy taniec bogactwa. W pewnym momencie kroki naszych anarchistycznych (w teorii) bohaterów zaczynają się powtarzać i plątać. Zbyt bogaci hipisi przestają tańczyć w rytm własnych wyobrażeń o sobie. Reżyser stawia tezę – posiadanie wszystkiego wysysa wszystko. Znamiennym jest, że w tej zaawansowanej próżności bliźniaczej z Młodością, tylko bez pierwiastka artystycznego, jest pustka i samotność oraz pewna powtarzalność i skończoność – klasa bez klasy.

Bąbelki w szampanie przestają wprowadzać w radość i ulatują, seks nie doprowadza do orgazmu, a przepełnione najdroższym towarem półki sklepowe w hipermarkecie załamują się, jak ludzie w mieszkaniach nad nim. Po wielkim bogactwie nadchodzi wielki kryzys, a tutaj jest on zilustrowany wręcz w poetyce The Walking Dead, z farszem absurdu. To apokalipsa bez rozmazanej Channelki na ustach, taki katastrofizm pokolenia wszystkiego, pusty od nadmiaru (!). Reżyser jest bezlitosny, a jego krytycyzm wobec przybliżanego środowiska, nie pozwala na łzawe, ckliwe, czy melodramatyczne tony. Ben Wheatley zdecydowanie nie ma zamiaru łączyć się w bólu z bohaterkami i ich połamanymi obcasami. W tej świadomej i bezkompromisowej postawie, reżyserowi udaje się osiągnąć nie strach, czy prostolinijne przerażenie, a bardziej obrzydzenie, kpiarstwo i szyderstwo, również ze strony widza do bohaterów.

W tym dystansie i wycyzelowanej formie film może sam na siebie zastawić pułapkę – nikogo nie dotknie. Teza o rozbestwionym kapitalizmie może zostać chwilami zmarginalizowana przez formalną zabawę i uatrakcyjnianie obrazu. High Rise czasami woli gadżety, niż precyzję i fundamenty. Film popisuje się i wydaje być znudzony pogłębieniem przyczynowo-skutkowości, analizy socjologicznej, nie dociąga linii krytyki do końca, a przez pozostawioną lukę wylatuje ciężar historii. Jednak w tym koszmarze developera i Alternatywach 4 w czasach ponowoczesności z filtrem sci-fi, jest ambicja diagnozowania. High Rise świadomie lub mniej, kontynuuje myśl Nicka Hanauera, który mówił o rekordowej przepaści pomiędzy biednymi, a bogatymi i historycznym szczycie nierówności. Powiedział on o tym, że „idą na nas z widłami”. Ben Wheatley pozostając w duchu zagrożenia, uważa jednak że tkwi ono w nas samych łykających dobra, jak pelikany w złotych klatkach.

W High Rise nie chodzi o edukacje, a o głośną i kreatywną drwinę z pewnych środowisk, daleko zostawiających w tyle średnią krajową. Film jest bezlitosny wobec wątłości współczesnych elit, ale jednak czasami zbyt umowny. Niby czujemy oddech na karku, ale od śmiechu celnego obserwatora i satyryka – nie przepowiedni zaangażowanego demiurga.

Ocena: 7/10