RECENZJA: Preacher - odcinek 2

Świat Kaznodziei to prawdopodobnie najbardziej psychopatyczne miejsce ze wszystkich serialowych uniwersów. Przejaskrawiony styl rodem z produkcji Quentina Tarantino miesza się tu z humorem niskobudżetowych komedii gore lat ’80 a la Martwica mózgu czy Martwe zło 2. Efekt końcowy z pewnością nie nadaje się do pokazania Twojej babci przy obiedzie.

Evan Goldberg oraz Seth Rogen dowiedli już w odcinku pilotażowym, że świetnie rozumieją styl w jakim napisana i narysowana została nowela graficzna Kaznodzieja – w drugim epizodzie tylko to potwierdzają. Uniwersum Jessego Custera (Dominic Cooper) to świat pełen socjopatów, psychopatów i ludzi cierpiących na wszelkie odmiany nerwic. Wampir-narkoman, człowiek o skłonnościach do pedofilii, kobieta obdarowana zbyt dużą ilością testosteronu – to tylko szczyt istnej góry lodowej szaleńców. Twórcy nie podchodzą do problemów swoich postaci na poważnie – igrają z nimi, bawią się ich upośledzeniem na tyle dobrze, że sam widz ani na moment nie czuje współczucia wobec ich psychicznego kalectwa. Ironiczna gruboskórność względem ludzkich psychoz już niejednokrotnie pojawiała się w hollywoodzkich produkcjach (by przytoczyć chociażby 7 psychopatów), jednak w Kaznodziei żarty te nabierają zupełnie nowego wymiaru.

Drugi odcinek serialu stawia jeszcze więcej pytań, a odpowiada na naprawdę niewiele spośród tych, które zadał w epizodzie pilotażowym. Twórcy nakreślają śladowe ilości detali, dotyczące przeszłości głównych bohaterów. Co ciekawe, w drugim epizodzie pojawia się jeszcze więcej postaci, o równie enigmatycznych osobowościach – m.in. ujawniony zostaje najważniejszy antagonista sezonu. Owa tajemniczość nie oddziałuje dobrze na fabułę, która mimo wartościującego, cynicznego pazura, rozwija się bardzo powoli. Można w zasadzie wyjść z założenia, że dotychczasowe odcinki miały jedynie nakreślić profile postaci, a nie zbudować całą historię.

Twórcy umiejętnie wplątują w fabułę wątki, wymagające rozwinięcia w dalszych odcinkach serialu – najważniejszym z nich jest westernowy motyw Świętego od Morderców, który pojawia się na początku epizodu. Choć nie gra go Danny Trejo (jak to zaproponował użytkownik jednego z portali filmowych), to zimny wzrok Grahama McTavisha świetnie oddaje osobowość zabójcy z Niebios.

Cały odcinek należy zobaczyć dla rewelacyjnej sekwencji walki w kościele, której nie powstydziłby się nawet Sam Raimi. Brutalny pojedynek tajemniczych, "rządowych" agentów z wampirem Cassady (Joseph Gilgun), przypomina sceny rodem z najlepszych pastiżowych horrorów lat ’80. Posoka leje się tu hektolitrami, a fakt, że w walce użyta zostaje piła łańcuchowa tylko wyostrza poziom żartów.

Kaznodzieja to jazda bez hamulców przez mroki ludzkiej egzystencji i psychiki, odbita w krzywym zwierciadle, które dodatkowo w zabawny sposób wyolbrzymia ich stereotypy oraz klisze.

Moja ocena: 8/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.