Recenzja: Hel

Często (niestety) oglądając polskich debiutantów stosuję określenie hell, w kontekście tego co widzę – What the hell? Jednak duet Paweł Tarasiewicz i Katarzyna Priwieziencew nie stworzyli piekła dla widza, a piekielnie zdolny thriller nie uciekając w dalekie krainy, a zostając nad naszym Polskim morzem. A Hel u nich nie planuje rozweselać ani nie nawiązuje do pocztówek z wakacji, a do tradycji eksperymentu.

Film zaczyna się zbrodnią. Nie taką trochę, ale bardzo tajemniczą, brutalną, w odciętym od świata miejscu – na półwyspie helskim. Nieudolne dochodzenie i nieskuteczne działania organów ścigania, doprowadzają do początku znajomości enigmatycznego chłopaka Kaila i lokalnej striptizerki. Nie będzie to jednak bezpruderyjna historia miłosna, w pulsie Natural Born Killers. Mamy mianowicie jeszcze jedną ważną postać – pisarza, scenarzystę – który jest podejrzewany. Ten siedzi prawie cały czas w wynajętej przyczepie upijając się i próbując stworzyć nową historię.

Hel jest doskonałym pokazem świadomej niespójności światów, wymienności perspektyw, której oniryzm i „umowność” każe nam dzielić deliryczne i ekstremalne stany bohaterów. Współrzędne miejsca zostają wymieszane. Sowy nie są tym czym są pasuje do filmu doskonale, nie tylko dlatego że wiele czerpie z surrealistycznych manewrów Davida Lyncha, ale dlatego że gubi tropy udając chwiejny krok niewinnego pijaczka, który okazuje się być demiurgiem. Tak naprawdę zagadka morderstwa staje się sprawa drugorzędna, a na prowadzenie wysuwają się pytania, czy nasz scenarzysta w filmie nie jest również scenarzystą samego Helu, a czy Kail nie jest wytworzonym przez niego hologramem żywej postaci. Prócz rasowego kina niepokoju, budowania napięcia i odmitologizowania radosnych nadmorskich miejscowości, które mogą być doskonałym miejscem na niezauważone, krwawe zbrodnie, pojawia się też tutaj refleksja nad zacieraniem granicy pomiędzy rzeczywistością, a jej imaginacją w procesie twórczym. Charyzmatyczny Philip Lenkowsky swoich zachowaniem idealnie wpisuje się w kult artystów, którzy pióro odkładają tylko po to by sięgnąć po butelkę, ale równie dobrze może być diabłem piszącym własną krwią.

Hel to również udana próba kina podejmującego dyskusje z istnieniem prawidłowości i pewnych definicji, polemizująca z nietykalnym w kinie. To rozpalony eksperyment, żywo zafascynowany twórczością Refna, robiący dyskotekę na miejscu zbrodni. To kryminał nafaszerowany amfetaminą i kompulsywnym światłem. Reżyserzy umiejętnie i bez pasów bezpieczeństwa wprowadzają elementy obcości oraz dezorganizują abecadło pierwszej ligi kina polskiego. I robią to brawurowo!

Ocena: 7/10