WYWIAD: Kamil Kula w polsko-włoskiej produkcji

Kamil Kula – młody, zdolny aktor. W 2012 roku skończył Akademię Teatralną, ale już na studiach stawiał pierwsze kroki w zawodzie. Szerszej publiczności może być znany z ról w serialach: Hotel 52, Na dobre i na złe czy Singielka. Na dużym ekranie pojawił się, między innymi w Jack Strong Władysława Pasikowskiego. Wkrótce do kin wejdzie polsko – włosko produkcja Tłumacz, w której Kamil Kula gra główną rolę.

Jak trafił Pan do polsko-włoskiego filmu?

Tak po prostu, najzwyczajniej w świecie, poszedłem na casting i go wygrałem.

Granie w obcym języku przychodzi z łatwością? Czy najpierw trzeba przełamać barierę niemyślenia o poprawnej wymowie, aby w pełni skupić się na emocjach?

Jest trudniej, bo nie mówimy o graniu w języku, który się zna, jak na przykład angielski. Z włoskim nie miałem nigdy styczności, więc musiałem wykonać podwójną pracę, przetłumaczyć sobie cały scenariusz, każde słowo – oczywiście z pomocą nauczyciela, żeby doskonale wiedzieć, o czym się mówi w danej chwili i dodatkowo od podstaw nauczyć się poprawnej wymowy, akcentu. Jednocześnie to wszystko połączone było z pracą nad emocjami i warstwą psychologiczną postaci. To było bardzo ciekawe i rozwijające doświadczenie.

Jak wyglądała praca na planie? Czy Włosi mają inne podejście do aktora, kamery, czasu?

Szczerze mówiąc nie mam specjalnego porównania, bo nie zagrałem w wielu polskich filmach. Często słyszę takie pytania i szczerze mówiąc, nie do końca je lubię, bo są one już w jakimś sensie wypełnione kompleksem Polaka, że za granicą jest świetnie, a u nas nie. Różnice są pewnie w temperamentach, wynikają może z trochę innej kultury, ale czy w Polsce czy za granicą, każdemu zawsze zależy na zrobieniu jak najlepszego filmu.

Andrei jest tłumaczem. Jego praca daje mu możliwość manipulacji słowem. Aktor również oddziałuje gestem i słowem. Czy zmienia Pan kwestie kreowanych postaci? Dodaje coś od siebie?

Oczywiście, że zdarza się powiedzieć czasem coś inaczej, ale zawsze przed taką zmianą zastanawiam się, czy jest ona aby na pewno niezbędna. Scenarzysta też coś przecież miał na myśli, pisząc konkretne słowa. Z dodawaniem jestem bardzo ostrożny, raczej odejmuję, bo niektóre słowa po prostu opisują emocje i są one zbędne, nie trzeba ich wypowiadać.

Jaki był klucz do postaci Andrei? Co było dla Pana ważne przy pracy nad rolą?

Jaki był mój klucz to już zostawię dla siebie, bo każdy ma swoją metodę. Ważne było praktycznie wszystko, skąd pochodzi, w jakiej grupie społecznej się znajduje, jaka była jego przeszłość, czy też jak odnajduje się w społeczeństwie, w którym aktualnie jest. Należy pamiętać, że żyje on w obcym kraju, jest emigrantem z Rumunii i nie jest traktowany dobrze.

To młody chłopak, student, który rozpoczyna dorosłe życie. Bierze odpowiedzialność za siebie i swoją dziewczynę, chwyta się różnych prac. Czy Pan na studiach również dorabiał w różnych miejscach?

Studia aktorskie mają to do siebie, że pochłaniają cały czas jaki się w ogóle ma. Ja miałem to szczęście, że moi rodzice zadbali o mój pierwszy rok kształcenia. Od drugiego roku zacząłem grać w serialu „Hotel 52”, co pozwoliło mi się uniezależnić finansowo. Odkąd jednak mogłem pracować, starałem się o to, żeby mieć „swoje pieniądze”. W szkole średniej pracowałem w różnych miejscach – w hurtowni spożywczej, sprzedawałem chryzantemy, a po maturze, przed rozpoczęciem studiów, pojechałem do Anglii zbierać maliny.

„Tłumacz” opowiada o namiętnościach. W opisie dystrybutora pada pytanie: ile można ofiarować namiętnościom. Czy oddaje się Pan chwili, a może twardo stąpa po ziemi?

Z tym u mnie bywa różnie i to zależy w jakiej sytuacji się znajduję. Przecież jedno nie wyklucza drugiego, możemy z jednej strony być odpowiedzialni za siebie i innych, a z drugiej szczypta szaleństwa nie czyni nas wariatami.

Film opowiada o mężczyznach na emigracji. Czy uważa Pan, że to dobry obraz w dyskursie o emigracji? Pokazuje tych ludzi w nieco lepszym świetle niż media?

To prawda, to jeden z problemów zawartych w filmie, ale nie na tyle duży, żeby mówić o tym w szerszym kontekście. Moim zdaniem, po prostu skłania on do zastanowienia się i pomyślenia na ten temat. Jest on oczywiście bardzo aktualny w czasach w jakich żyjemy, a media również niestety bywają stronnicze. Śledzę wydarzenia ze świata i z kraju z różnych źródeł, co pozwala mi wyrabiać sobie swoje zdanie – mimo to zachowam je dla siebie. Bardzo chętnie angażuję się w różnego rodzaju akcje charytatywne, ale podobnie jak chronię swoje życie prywatne, tak uważam – przynajmniej teraz, że jako aktor powinienem w mediach być apolityczny i raczej skupić się na swojej pracy, a nie komentowaniu rzeczywistości. W moim mniemaniu, aktor powinien być zwierciadłem, w którym odbijają się problemy świata, a nie opiniotwórcą. To stwarza przestrzeń dla widza i miejsce do własnych interpretacji.

Czy „Tłumacz” może być przełomem w Pana międzynarodowej karierze? Pojawiły się propozycje zza granicy?

Bardzo nie lubię słowa „kariera” – jest ono dla mnie puste, egoistyczne i skierowane na pęd w zasadzie nie wiadomo do czego. O swoim zawodzie – pracy, myślę jak o długiej drodze, w trakcie której chcę się rozwijać, zdobywać nowe doświadczenia i spotykać różnych ludzi. Miałem ogromną przyjemność zagrać w filmie „Music, War and Love”, który jest koprodukcją amerykańsko – polską, gdzie zagrałem dla odmiany Niemca. Co dalej przyniesie los? Zobaczymy.