RECENZJA: Fear the Walking Dead - sezon 2, odcinek 9

Fear the Walking Dead nareszcie trafia w konwencję historii z dreszczykiem, której akcja osadzona jest w postapokaliptycznym Meksyku. Zombie, gangsterzy i samobójcze myśli przerażonych bohaterów – czyż nie tak przyciąga się kontent fanów kina podwyższonego ryzyka? Serii stanowczo wychodzi to na dobre.

Po rozpadzie załogi Abigail akcja serialu rozgrywa się dwutorowo – z jednej strony twórcy ukazują widzom zmagania Nicka Clarka (Frank Dillane), który trafia do nowego religijnego bastionu ludzkości. Wątek ten jest o tyle ciekawy, że wprowadza motyw gangsterów posiadających jedyną halę z zaopatrzeniem w okolicy. Druga historia skupia się na postaciach Madison (Kim Dickens), Alicii (Alycia Debnam Carey), Ofelii (Mercedes Mason) i Victora (Colman Domingo), którzy docierają do opustoszałego kurortu wczasowego.

Dziewiątemu odcinkowi Fear the Walking Dead na pewno nie można odmówić klimatu. Twórcy nareszcie minimalizują ilość jałowych dialogów, skupiając się tym samym na budowaniu i umiejętnym podtrzymywaniu permanentnego poziomu zagrożenia. Groza wiąże się tu nie tylko z krwiożerczymi zombie, lecz również personalnym osamotnieniem w brutalnym świecie. Innym rodzajem zagrożenia stają się gangsterzy, wydzielający słabszym mieszkańcom pobliskich osad racje żywności i leków. Natężenie ryzyka, jakie osacza bohaterów serialu utwierdza w przekonaniu, iż twórcy nareszcie odnaleźli właściwy klucz do krainy żywych trupów.

Epizod zyskuje wiele dzięki niestandardowym lokalizacjom. Czwórka głównych bohaterów chowa się m.in. w gigantycznym molochu opuszczonego hotelu. Choć komputerowi gracze przyzwyczaili się do podobnych miejsc rodem z Dying Light czy Dead Island, to telewizyjne żywe trupy po raz pierwszy ukazano w scenerii wakacyjnego kurortu. Całość spowita gęstą mgłą oraz skrupulatnie narastającą u widzów świadomością ożywieńców zamkniętych w hotelowych pokojach tylko wzmaga poczucie zagrożenia.

Niestety, twórcy zawodzą w momencie konkluzji odcinka, a finalny cliffhanger powoli staje się znakiem charakterystycznym dla produkcji osadzonych w uniwersum The Walking Dead. Ciężko też jednoznacznie określić postawę Victora – nietrudno wyjść z założenia, że sam scenarzysta, Alan Page, nie ma na tę postać szczególnego pomysłu, a czarnoskóry mężczyzna przybiera odpowiednie cechy charakteru i orientacji seksualnej w zależności od potrzeby scenariusza.

Mimo kilku niedociągnięć dziewiąty epizod broni się w porównaniu z poprzednimi jako solidna produkcja z pogranicza horroru i dramatu psychologicznego. I oby tak zostało…

Moja ocena: 7/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.