RECENZJA: Fear the Walking Dead - sezon 2, odcinek 10

Fear the Walking Dead osiąga właśnie swoją szczytową formę. Choć poszczególne epizody posiadają jeszcze sporo wad, to ich ogólny wydźwięk pozytywnie wyróżnia się na tle pozostałych odcinków cyklu.

Trójtorowa kompozycja fabularna jaka towarzyszy widzom Fear the Walking Dead od trzech odcinków co prawda nie sprowadza serialu do rangi najlepszych serii ostatnich lat, stanowi jednak miłe urozmaicenie, po rozwleczonych epizodach drugiego sezonu, których akcja odbywała się na pokładzie jachtu Abigail oraz za murami fanatycznej kasty. Dzięki podziałowi przygód rodziny Travisa Manawy (Cliff Curtis) na trzy autonomiczne wątki żadna z głównych postaci cyklu nie zostaje pominięta, a ich cechy charakteru oraz ogólny światopogląd pozostają wyraźniej wyeksponowane i zarysowane.

Tym razem twórcy skupiają się na relacji syn-ojciec, ukazując próby resocjalizacji Chrisa (Lorenzo James Henrie), jakich podejmuje się Travis Manawa. W grę nie wchodzi tylko zmierzenie się z uporczywymi wybrykami chłopca związanymi z buntem okresu dorastania – stawką stają się socjopatyczne zapędy nastolatka, wywołane nagłą śmiercią matki w finale pierwszego sezonu serii. Cliff Curtis umiejętnie odgrywa wewnętrzny ból zadany przez nieposłusznego syna, jak również ten zewnętrzny, wynikający z urazu kostki. Dzięki dobrze zarysowanym osobowościom dwójki bohaterów widz wyraźnie czuje ich wzajemną zależność oraz więź. Końcowa konkluzja wątku stanowi jedną z najbardziej emocjonalnych i posępnych sekwencji całego serialu.

Drugim wątkiem, którego akcja rozgrywa się w dziesiątym odcinku Fear the Walking Dead są losy Alicii (Alycia Debnam Carey), uwięzionej w pokoju hotelowym, podczas gdy po korytarzu snują się hordy wygłodniałych zombie. Scenarzystka nie wykorzystuje żywych trupów do przemycenia jak największej ilości scen z nurtu kina gore – jej ożywieńcy to przeszkoda, którą należy pokonać, a w chwili konfrontacji walczyć nie samą bronią, lecz również rozumem i sprytem. Intrygujące przedzieranie się przez tłumy krwiożerczych pożeraczy ludzkiego mięsa stanowi esencję każdej produkcji spod szyldu zombie movie.

W serialu pojawia się coraz więcej nowych postaci. Ich ciekawe origin story czy charyzmatyczne podejście do funkcjonowania w postapokaliptycznym świecie sprawiają, że widz z marszu kibicuje nowopoznanym bohaterom. Na ich tle najciekawiej wypada Elena Reyes (Karen Bethzabe) i choć jej losy mocno inspirowane są filmem [REC]3, to kobieta prawdopodobnie stanie się kolejnym odpowiednikiem Deryla (Norman Reedus) z serialu-matki The Walking Dead.

W Fear the Walking Dead nareszcie czuć tytułowy lęk, a nie przeraźliwą nudę bijącą z nieciekawych postaci i drętwych, pseudoegzystencjalnych dialogów .

Moja ocena: 6/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.