Splat!FilmFest: My Father, Die

My Father, Die to perfekcyjne kino dla dorosłych chłopców. Rewelacyjnie przerysowani twardziele kochają się z pięknymi kobietami, po drogach poruszają się jedynie Harleyem Davidsonem, muscle carem albo pick-upem oraz sprawnie operują bronią wszelkiego rodzaju i kalibru. Przemoc umotywowana zostaje dosadną reakcją przyczynowo-skutkową, a testosteronem ocieka właściwie z każda scena filmu.

Sean Brosnan doskonale wie, czym cechuje się męskie kino. Film amerykańskiego twórcy osadzony jest w konwencji sentymentalnej historii o porachunkach po latach, która ani na moment nie zwalnia tempa akcji, wprowadzając widza w rozkoszny stan kontemplacji niewymagającego zaangażowania intelektualnego obrazu. Pozorny schematyzm postaci pozbawia film charakterystycznych cech kina akcji, a jego chwilowy nadmiar służy jedynie uwypukleniu obrazoburczego aspektu My Father, Die. Produkcji blisko jest do słynnej serii komiksowej Kaznodzieja, w której akcja również udekorowana zostaje licznymi pojedynkami z bronią palną w roli głównej, ślicznymi kobietami i twardymi, bezkompromisowymi mężczyznami. Nad wszystkich unosi się duch dewiacji współczesnego społeczeństwa, odbity w powiększającym, krzywym zwierciadle.

Asher (Joe Anderson) ma 12 lat, gdy jego brat zostaje pobity na śmierć przez zwyrodniałego ojca (Gary Stretch). Chłopiec zaprzysięga sobie, że kiedyś pomści śmierć swojego mentora i najbliższej mu osoby. Po 20 latach ojciec wychodzi z więzienia. To moment, w którym Asher rozpoczyna śmiertelną walkę ze swoim nemezis. Trup ściele się gęsto, a zagrożony jest każdy, kto wejdzie obu mężczyznom w drogę.

Sean Brosnan w ciekawy sposób przedstawia postaci z My Father, Die. Główny bohater to głucho-niemy mężczyzna, co nie zdarza się często w filmach tego rodzaju. Jego myśli słyszymy zdubbingowane głosem 12-letniego aktora, grającego Ashera, w scenach retrospekcji. Również najbliższe osoby z otoczenia głównego bohatera, mimo lekkiego przerysowania, wypadają w filmie wiarygodnie i prawdziwie. W uwiarygodnieniu relacji poszczególnych postaci pomagają czarno-białe sekwencje wspomnień powiązanych ze śmiercią brata oraz późniejszą utratą słuchu i mowy na wskutek brutalnego pobicia przez ojca. Również przyjaźń Ashera z Naną (Candace Smith) ukazana jest w subtelny sposób, a twórcy nie narzucają dwójce bohaterów kliszy melodramatycznej – przeciwnie, chemia między nimi opiera się na wzajemnej przeszłości i wspólnym demonie, który zaburzył ich optymistyczną wizję przyszłości.

My Father, Die posiada dosadny, brutalny klimat, wciągający odbiorcę właściwie od pierwszych scen filmu. Ciekawe slow motion podkreśla chwilową mimikę poszczególnych aktorów, wstrząsając natężeniem emocji, a ciężka, heavy metalowa muzyka odpowiada za tempo narracji oraz wzrastające i malejące napięcie. Atmosferę efektu końcowego można ciąć nożem, a stale nasilający się niepokój udziela się zarówno bohaterom produkcji, jak i odbiorcom po drugiej stronie ekranu. Nieszablonowy scenariusz podtrzymuje napięcie swoją przewrotnością i poczuciem śmiertelnego zagrożenia, a obrazoburcze aspekty tylko podsycają ciekawość widza światem przedstawionym. Sekwencja finałowa zapiera dech w piersiach.

Błyskotliwie wyolbrzymione postacie oraz przesadna eksploatacja wyznaczników męskiego kina sprowadza My Father, Die w ramy przyjemnego kiczu. Jednak do produkcji Seana Brosnana ciężko nie wracać wspomnieniami dzięki charyzmatycznym bohaterom, rewelacyjnym zdjęciom oraz napiętej, gęstej atmosferze. Twórca spełnia marzenia chłopca, drzemiącego w każdym mężczyźnie.

Moja ocena: 7/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.