RECENZJA: Ghostbusters

Przed twórcami Ghostbusters stało nie lada wyzwanie zmierzenia się z legendą Pogromców duchów. Oczekiwania były olbrzymie, a nastawienie internetowych hejterów nie napawało optymizmem. Po co robić żeńską wersje czegoś, co było dobre, ma swoją renomę i funkcjonuje w masowej wyobraźni jako nienaruszalne dobro popkultury? Paul Feig nie klęka z pobożnością przed pierwowzorem, nie kuli się w uniżeniu, ale robi prawdziwe rozrywkowe kino. Czy feministyczne? Nie do końca. Choć bohaterki są niezależne, silne i zdecydowane, to wciąż szaleją za przystojnym męskim ciałem.

Erin (Kristen Wiig) już dawno porzuciła mrzonki o duchach i rozwija karierę naukową. Stara się o posadę na renomowanej uczelni, kiedy przeszłość, pełna fascynacji zjawiskami paranormalnymi, nie pozwala o sobie zapomnieć. Spotkanie z dawną przyjaciółka, Abby (Melissa McCarthy), nie należy do najprzyjemniejszych, ale po zakopaniu dawnych waśni i żali, zbierają silną kobiecą ekipę, by wypłoszyć zjawę z nawiedzonego domu. Dalej idzie już z górki: własna firma, sekretarka, a raczej sekretarz Kevin (Chris Hemsworth) i kolejne zlecenia. Fabularnie nowa wersja Pogromców nie odbiega od oryginału. Założenie jest proste: zapaleńcy zjawisk niewyjaśnionych ruszają na ratunek mieszkańcom Manhattanu opanowanego przez duchy. Z tym, że otrzymujemy realnego, człowieczego antagonistę w postaci prześladowanego i wyśmiewanego mężczyzny, która postanawia wziąć odwet na ludzkości i sprytnie kieruje swoją zemstą.

Co prawda Ghostbusters nie są starą, klimatyczną opowieścią, ale twórcy nie próbują na siłę naśladować i równać kroku do oryginału. Feig tworzy własną historię, pełną szalonej energii, która opiera się na chemii panującej pomiędzy czwórką aktorek (Wiig, McCarthy, McKinnon, Jones). Wiig i McCarthy zostały wywindowane na czoło grupy, ale to Kate McKinnon wiedzie prym bezkompromisowym podejściem, charyzmą i ciętymi ripostami. Obraz szkolnych naukowców trąci trochę groteską, ale doskonale wpisuje się w konwencję nieco ironicznego podejścia do tematu. Szczególnie, że na ekranie pojawiają się członkowie ekipy z 1984 roku w rolach sceptyków, nieprzekonanych do istnienia zjawisk paranormalnych.

Przedstawione bohaterki są różnorodne, a przy tym nie stanowią afisza głoszącego feministyczne hasła (na szczęście!). Dla równowagi żeńskiej siły, otrzymują umięśnionego i niezwykle przystojnego sekretarza, któremu bliżej do misia o małym rozumku niż heroicznego superbohatera. Ich wzajemne relacje są źródłem komizmu, który tylko momentami ociera się o żenujące żarciki. Film wyjątkowo unika rubasznego i niesmacznego dowcipu, skupiając się na „naukowym” bełkocie i sytuacyjnych zagraniach. Przy czym z dużą empatią i pobłażaniem podchodzi do przywar i fascynacji bohaterek.

Twórcy filmu zwrócili dużą uwagę na dokładność scenariusza. Widać, że najdrobniejszy element niesie w sobie znaczenie i sens, rezonuje w kolejnych scenach. Brak tutaj spektakularnych dziur logicznych, a inscenizacyjne rozwiązania naprawdę mogą się podobać. Szczególnie finalne starcie z duchami, kiedy Pogromcy duchów wykorzystują nowe wynalazki Hanzel (McKinnon). Czerwone wiązki światła wydzierają z ekranu, zielona maź oblepia dziewczyny, a duch gigant niszczy cały Manhattan. Jest strasznie i groźnie, choć uśmiech nie schodzi z twarzy.

Ghostbusters są filmem skrojonym na miarę. Pełnym radości i bezkompromisowej wiary w istnienie niebezpiecznych duchów, o których trzeba uwolnić ludzi. Twórca Druhen wykorzystał wcześniejsze doświadczenia opowiadania o kobietach, ale odłożył na bok kloaczne poczucie humoru na rzecz ciekawie skrojonych dialogów. W tle pozostawił znany motyw, przyrządził opętania i strachy tak, że niczego nie brakuje. Takie kino chce się oglądać.

Moja ocena: 7,5/10