Aktywność

Upiór w operze (1989)

Upiór w operze – wydanie "de luxe". – Niewątpliwie najlepsza ekranizacja powieści Gastona Leroux, a było ich trochę. Przypomnę, w czym rzecz. W rozległych i niezbadanych podziemiach paryskiej opery żyje legenda – upiór, wydający się być jedynie miejską legendą. W rzeczywistości to genialny kompozytor, straszliwie oszpecony, usiłujący odzyskać ludzki wygląd w sposób mogący wzbudzać dość gwałtowne kontrowersje…
Upiór kocha do szaleństwa muzykę a także pewną młodą śpiewaczkę. Po trupach toruje jej drogę do sławy, zasłużonej z resztą, nie przyjmując do wiadomości, że dziewczyna ma ukochanego i własne plany na życie. Konfrontacja marzeń jest nieunikniona.
Film przytłacza (w najlepszym sensie) kolorami, estetyką zdjęć, no i oczywiście wspaniałą muzyką, choć filmem muzycznym nie jest. Jego reżyser, Dwight H. Little, znany jest miłośnikom serialu kryminalnego… "Kości", którego jest współreżyserem. No i wspomnę o Robercie Englundzie grającym tytułowego nieszczęśnika…
Polecam, kto nie oglądał.

Książę ciemności (1987)

Książę Ciemności – horror idealny, choć "trąci myszką"… – W podziemiach pewnego nie wyróżniającego się niczym kościoła, dzięki kluczom pozostawionym przez zmarłego zakonnika – ostatniego z członków tajemnego stowarzyszenia – odkryta zostaje krypta, a wniej spora kapsuła wypełniona wirującą cieczą. Władze kościoła (nie tego z kryptą, ale Kościoła w ogóle) zbierają grupę młodych (w przewadze) naukowców w celu zbadania, czym jest owo przedziwne znalezisko. Kisielowata zawartość naczynia okazuje się skumulowaną energią, złem w czystej postaci. Tak właśnie "wygląda" Szatan. Ten najgorszy z najgorszych upadły anioł oczekuje w uśpieniu na moment, kiedy będzie mógł wreszcie… no i może na tym zakończę, bo być może ktoś filmu nie oglądał. W każdym razie odkrycie zdaje się zaprzeczać podstawowym dogmatom głoszonym przez Watykan i podważać prawdy zawarte w Piśmie Świętym.
Ten film faktycznie "trąci myszką", bo przyzwyczailiśmy się do doskonałych technicznie, tryskających niewiarygodnymi efektami specjalnymi obrazów. Ale jest z całą pewnością doskonałym reprezentantem gatunku filmowego zwanego horrorem. Trzeba nie lada mistrzostwa, by osiągnąć efekt grozy bez stosowania sztuczek wizualnych (no, może bez przesady – jakieś tam Carpenter zastosował, ale bardzo proste). Jedyny efekt specjalny sensu stricto pojawia się w finałowej scenie i choć jest nieskomplikowany, zjeża włos nie tylko na rękach.
Ogromną rolę gra tutaj muzyka, której Carpenter jest współautorem. Pierwszy kompozytor to Alan Howarth, mający na koncie muzykę do wielu filmów grozy i dreszczowców.
Carpenter to mistrz tworzenia atmosfery z – pozornie – niczego, a "Książe Ciemności" jest tego koronnym dowodem.
Pamiętam, że po obejrzeniu filmu (lata studenckie, czyli przedpotopowe), bałem się… lustra. Kolega, z którym go oglądałem stwierdził, że jestem nienormalny. Ale przez tydzień chodził nieogolony – ciekawe dlaczego…

Proszę czekać…