Splat!FilmFest: Najbardziej chory film świata (dzień III)

W środowym panelu nie tylko przekroczyliśmy granicę ekstremy w kinie i zgłębiliśmy historię oraz esencję slasherów – uczestnikom dane było zobaczyć również najsłabszy film dotychczasowego Splat!FilmFest oraz zanudzić się na mało błyskotliwej wariacji na temat Dnia świstaka.

Pierwszy z filmów zaprezentowanych w środowym panelu zajmuje miejsce najgorszego z dotychczasowych produkcji festiwalu. Retro slasher, Le scaphandrier, swoją naiwnością i przesadnym nagromadzeniem irracjonalnych kontekstów kina grozy popadł w oczywisty kicz. Słaba strona techniczna kanadyjskie horroru szła w parze z nieudolną fabułą i miernym aktorstwem. Główny boogeyman całej historii jawił się niczym pseudostraszne monstrum z popularnej kreskówki Scooby-Doo. Le scaphandrier swoją dobitną przesadność w podejściu do kina grozy ujawnił w finale filmu, powodując tym samym salwy nieplanowanego śmiechu.

Podtrzymując tematykę slasherów, kolejnym punktem środowego panelu był wykład poprowadzony przez publicystkę, Martę Płazę. Godzinna rozprawa stanowiła idealną periodyzację popularnego nurtu kina grozy z uwzględnieniem jego najważniejszych pozycji oraz z omówieniem poszczególnych konwencji pojawiających się na przestrzeni lat. I tak Marta Płaza rozpoczęła swoją prelekcję od wymienienia korzeni slasherów, czyli Podglądacza i Psychozy, później nawiązując do włoskiego kina ekstremalnego. Kolejnymi produkcjami omówionymi w wykładzie zostały Ostatni dom po lewej stronie (krytykujący brutalny wydźwięk lat 70.) oraz Teksańska masakra piłą mechaniczną (stanowiąca kulminację przemocy dotychczasowego kina amerykańskiego). Później publicystka przeszła do kultowych cykli horrorów, Halloween i Piątku Trzynastego, które dobitnie rozpoczęły prawdziwy bum na produkcje z nurtu slasherów. Ostatnim punktem jej wykładu stał się postmodernizm slasherów, rozpoczęty przez Krzyk, cechujący się brakiem charakterystycznych i przewidywalnych klisz oraz łączeniem technologii i wyśmiewaniem dotychczasowych schematów.

Jednak prawdziwa petarda czekała dopiero, by zmiażdżyć uczestników Splat!FilmFest. Cat Sick Blues to prawdopodobnie najbardziej szalony, ba!, najbardziej psychopatyczny film, jaki kiedykolwiek powstał. Psychodeliczna groteska gore bije konkurencję ekranowych przerażaczy pokroju Ludzkiej stonogi i Serbskiego filmu na łeb i szyję, ustanawiając nową granicę ekstremy w kinie.

Ostatnia produkcja, Blood Punch, pozwoliła odetchnąć po niezdrowo przytłaczającym Cat Sick Blues, okazując się nudną wariacją na temat słynnego motywu powtarzalności jednego dnia, zaczerpniętego z Dnia świstaka. Tendencyjni bohaterowie i marne relacje między nimi obniżały jakość produkcji. Naciągane zwroty akcji ginęły w gąszczu sprawdzonych schematów i wymuszonych żartów. Ostatecznie zamiast angażującego thrillera Blood Punch okazał się mierną komedią pseudopsychologiczną z narkotykowymi elementami kina kryminalnego.

Trzeci dzień Splat!FilmFest zaprezentował się jako jakościowo najgorszy, choć szalonej produkcji o fetyszystach kotów długo nie będzie dało wymazać się z pamięci. Podobnie zresztą jak wykładu Marty Płazy, lecz w tym wypadku jest to akurat komplement.


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.