Recenzja: Lament

Lament lamentu nie powoduje, bo się wcale mocno nie boimy podczas seansu, ale nie ryczymy też z powodu filmowych potknięć. To produkcja ekscentryczna, eksplorująca wiele ścieżek filmowych, a wykuty na poczet tej produkcji gatunek kina jako diabelskiego młyna po seansie nabierze podwójnego znaczenia. Hong-jin Na tworzy film pełen różnych odcieni i plam wyobraźni, ale też czasami pojawiają się kleksy – od przybytku głowa czasami zaboli. Jednak siedzi w niej wiele i jest ogromna pokusa tego poznania, nawet jeżeli jest to jazda czasami niekontrolowana.

Miejsce, w którym się znajdujemy to nie pocztówka kwiatu kwitnącej wiśni, a więdnących żyć i nadziei. W niewyjaśnionych okolicznościach dochodzi do makabrycznej śmierci całej rodziny, a jedyna osoba która przeżywa jest w stanie niemalże wegetatywnym. Policjanci zakładają spożycie dziwnych środków, ale wydarzenia i sytuacje zaczynają się powtarzać. Znudzone twarze pracowników komisariatu zmienią wyraz, a ziewanie zastąpi wstępowanie w coraz dziwniejsze misteria podczas dochodzenia i zapoznawanie się z materiałami dowodowymi, którym bliżej do Archiwum X, niż dochodzeniówki z Fargo.

Jednym z coraz bardziej zamieszanych w sytuacje bohaterów staje się Jong-goo, który prócz uczestniczenia w śledztwie zaczyna być ofiarą pandemicznej, coraz mniej okiełznanej siły, która wiecznie zła pragnąc wiecznie czyni… zło. Do jego domu, a dokładniej w córkę, wstępuje "zły" i tak jak u nas zapisano by receptę, tam na koreańską prowincję wzywa się szamana. Ten "zły" to taki odpowiednik słowiańskiego, mistycznego dybuka – ducha, który zawładnął ciałem żywej osoby.

Pomysłów w Lamencie jest wiele – spełnione i spójne nie wszystkie. Jest to diabelski młyn, bo chwilami mamy tutaj fabułę przefiltrowaną przez Mistrza i Małgorzatę. Pojawia się pewien obcy przybysz z zewnątrz i nagle zaczynają wydarzać się rzeczy nadzwyczajne… nadzwyczajnie makabryczne. Hong-Jin Na nie zasłania oczu ręką w momentach makabrycznych, a ilość krwi na ekranie zawstydziłaby niejeden horror – jest to brutalne, ale uzasadnione, jednak nie zapieczętowane poezją Ki-duk Kima, a raczej chwilami przebodźcowany i przeszarżowany traktat o złu oraz czynach nieodwracalnych.

W XXI wieku wierzenia, rytuały, nie zostały wyparte – nie mamy przecież już żadnego momentu na sinusoidzie – romantyzm vs. pragmatyzm. Dualizm światów nadal istnieje, duchy nadal funkcjonują w pewnych wierzeniach, tylko zmieniło się tyle, że sprawdzamy je w internecie, a egzorcyzmy publikuje się na youtube, natomiast z szamanem kontaktujemy się telefonicznie.

Lament to trochę taka maskarada gatunkowa, taki danse macabre, ale idealnie rozgrywający groteskę, oraz tworzący malownicze konstrukcje, pełne katastrofizmu i niedoskonałości ludzkiej, przerysowanej jak u Boscha. Mamy też imponujące portretowanie pewnych wewnętrznych dla tej kultury rytuałów, a film wpisuje się się idealnie w kategorie „nocne szaleństwo” na festiwalu T-Mobile Nowe Horyzotny. To nie jest film rozsądku i wstrzemięźliwości, a ceremonialnego, w nastroju noir, karania za dopuszczenie się złego czynu. Piekło bez rozkoszy ziemskich. Parafrazując festiwal kina Azjatyckiego – to film wielu smaków.

Ocena:7/10