Piękna i dramatyczna historia miłosna Leonarda Cohena i jego norweskiej muzy Marianne Ihlen. Ich miłość zaczęła się na początku lat 60. na idyllicznej greckiej wyspie Hydra, która była wówczas mekką zagranicznych artystów, pisarzy i muzyków. Tutaj młody Cohen zmagał się z marzeniami o zostaniu pisarzem, a Marianne próbowała dojść do siebie po nieudanym małżeństwie. Film opowiada o tym, jak ewoluowała ich miłość, kiedy Leonard stał się już odnoszącym sukcesy muzykiem, o tym jaką niezwykłą siłą inspirowania innych emanowała Marianne. To dzięki niej powstały nieśmiertelne piosenki „So Long, Marianne” czy „Bird on a Wire”. To dzięki niej Nick Broomfield, reżyser tego dokumentu zaczął kręcić filmy. Wykorzystując archiwalne nagrania i wywiady, Nick Broomfield opowiada o pięknej i romantycznej miłości. Aż do ostatniego, niezwykle przejmującego rozdziału.
Piszę, bo wszystko inne mniej lubię. Piszę w przerwach od fantazjowania o upiciu się z Billem Murrayem... albo odwrotnie.

Życie z artystą, to życie w trójkącie: On, ona i jego ego. Inteligentny i nieprosty utwór więcej, niż biograficzny. Słowa miłości, czy słowa o miłości? 8

Dokument Marianne i Leonard: słowa miłości w swoim charyzmatycznym i szerokim spojrzeniu nie jest wyłącznie intymnym portretem, jak mogło by się wydawać wielkiej miłości mitycznej, jak z piosenek Leonarda Cohena. Zaskakująco, rześko znajduje intrygujące rysy i komplikacje w uczuciach nie dyskwalifikując ich głębi, ale dłubiąc i rozkręcając śrubki emocji. Czy Marianne była w życiu na pierwszym miejscu, jak nazwa dokumentu wskazuje? Czy dla artysty różnica między muzą, a miłością istnieje i jak brak rozróżnienia powoduje konsekwencje. Czy aby to nie jest pasożytnictwo i manipulacja, żerowanie dla największej miłości jaką jest sztuka, a może po prostu zagubienie wśród artystycznego świata, które niejednego zahipnotyzowało? To pean na cześć miłości… do sztuki z pewnością, ale też innej osoby, czy jej konsumpcji kosztem drugiej osoby? Inteligentne i ponętne o różnych odcieniach uczucia. Z sercem na wierzchu.

Marianne i Leonard: słowa miłości (2019) -

Uczucie między Marianne pochodzącej z Norwegii i Leonarda Cohena zaczyna się w latach ’60, w momencie wolnej miłości w przestrzeni w pełni oddanej hippisowskim „rządom” – na greckiej wyspie Hydra. To była ziemia obiecana, kryjówka przed światem pragmatyzmu i azyl dla marzycieli oraz idealistów. Tutaj Leonard zaczynał pisać w trudach i cierpieniach bardzo mocno dominując w relacji z Marianne. Z jednej strony jej potrzebował, z drugiej nie miał dla niej zbyt wiele czasu. Buzowały w nich wielkie uczucia, ale były sinusoidą i walką żywiołów. Żyli w trójkącie: Marianne, Leonard i niezaspokojone ego Leonarda. Przeżywali silne emocje, a wśród tego Leonard zaczynał stawać coraz bardziej rozpoznawalny i podziwiany. Zyskiwał mnóstwo atencji, chciał coraz więcej atencji. Marianne odchodziła od niego i wracała. Huśtawka emocjonalna towarzyszyła im całe życie spełniając mit miłości romantycznej, ale wyczerpującej.

Niesamowicie interesująco zostaje pokierowany ten dokument. Z początku zawierzamy, że będzie to hołd oddany wielkim uczuciom, dzięki którym powstaje równie ogromna pod względem poziomu artystycznego legenda muzyczna. Jednak emocje są o wiele bardziej splątane i intrygująco obrazuje się tutaj gorzką refleksją statusu Marianne. Kobiety kochającej, uzależnionej od toksycznego uczucia Leonarda, gdyż nieregularnego, zależnego od kaprysów, ale niewątpliwie wielkiego. Muza, czy miłość życia? Jedno i drugie jednocześnie? Tak mocne przenikanie się życia prywatnego i zawodowego niesie ze sobą konsekwencje, nie może pozostawiać ludzi bez blizn. Paradoksalnie dokument opowiada o miłości, ale bez jednoznacznego zachwytu, a dumający nad nią, nad wyzwaniami jakie przed nią stoją oraz równym dostępie do niej dwojga zakochanych. Czy mówimy o artyście, o jego muzie, czy o równych sobie zakochanych – to synonimy?

Marianne i Leonard: słowa miłości (2019) -

Świetny w dokumencie jest moment poruszania tematu przytułku dla artystów, uciekinierów myślenia zbiorowego i kryjówki dla resztek entuzjastów wolnej miłości, którym była wyspa Hydra, gdzie bohaterowie spędzili wiele czasu. Pokazuje się tutaj nostalgicznie i bardzo sentymentalnie to, o czym mówił Hunter Thompson w „Lęk i odraza w Las Vegas”, czyli załamaniu tej fali hippisowskiej w pewnym momencie. Ludzie, którzy docierali poza wyspę, czas i nastroje, które uśmierciły jej klimat i wolność, byli zdezorientowani i rozczarowani. Nie potrafili się odnaleźć w równoległym świecie, co podsyca tęsknotę za przeszłością i jest doskonale sportretowane przez Marianne i Leonarda. Jednak wieczna idylla hippisowska niesie też ze sobą niebezpieczeństwo… dla miłości. Daje wolność, ale też może unieważnić wyjątkowość drugiej osoby poprzez możliwość istnienia innych relacji. Dokument świetnie pokazuje, jak może być to jednocześnie kuszące i podniecające, a z drugiej zwodnicze, epizodyczne.

Marianne i Leonard: słowa miłości, to słodko-gorzki utwór miłosny, pełen szczerego obnażania pewnej fikcyjności oraz niesprawiedliwości wielkich, artystycznych romantycznych wzniosłości. Być wyjątkowym, to często być trudnym. Z jednej strony leci utwór "Did I ever love you", z drugiej "My endless love". Ludzie lubią wierzyć, mogą się od tego uzależnić. Świetne prześwietlenie i skonfrontowanie realiów z wyobrażeniami.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie
Komentarze do filmu 0
Skomentuj jako pierwszy.

Proszę czekać…