Piszę, bo wszystko inne mniej lubię. Piszę w przerwach od fantazjowania o upiciu się z Billem Murrayem... albo odwrotnie.

RECENZJA: Florida Project 0

Jeżeli kino ma służyć dalej jako dostawca kreatywnej konstrukcji świata to Florida Project przyjeżdża na czas i chcesz dać jej jeszcze napiwek, ponieważ dostajesz zamówienie z podwójnym serem. Ale nie jest to jednocześnie podróż na bezstresowe wakacje, mimo że jesteśmy na pięknej Florydzie. To kino, które próbując nas wymanewrować feerią kolorów, tak naprawdę chce uciec swoim światem od rzeczywistości. Pokazuje filtrem dziecka, że codzienność marginalizuje szczęście i mimo, że film nie celuje w poważną rozprawę psychologiczną, jest zaangażowane społecznie, tylko w bajkowej konwencji mówi o rzeczach, które się do literatury dziecięcej nie nadają. Raczej palą ją kartka po kartce.

Halley to nie jest matka roku (to pojęcie zostaje tutaj umyślnie ze znakiem zapytania) – ma problem ze znalezieniem pracy, nie zawija dziecka w folię bombelkową przed wyjściem, a w jej mieszkaniu pachnie blantami, a nie upieczonym ciastem. Jej córka – Moonee ma wielką wyobraźnię oraz niekończącą się energię. Animuje sobie nieciekawy świat wokół fioletowego motelu, który nie jest zamkiem dla księżniczek, a zamiast królewiczów są dozorcy po przejściach. Towarzyszymy Moonee w jej codziennym kolorowaniu sobie życia różnymi, często niebezpiecznymi jednak, przygodami. Jest postacią, która znalazłaby w sklepie z bronią cukierka i w każdej ciemności dojrzałaby światło. Jest szczęśliwa, mimo że z perspektywy dorosłego, ciężko uwierzyć, że potrafi czerpać radość ze świata, który jest jak pole minowe. Dla niej obdarte kolana to pamiątka po kolejnej przygodzie, a nie pech, czy powód do myślenia, że świat się na nią uwziął.

Florida Project to czułe, pełne fantazji i ekspresji kino, które jednocześnie pod masą bitej śmietany, ukrywa gorzkość i głęboki smutek. Oglądamy życie w tym miejscu z perspektywy dziecka, to pean na cześć dziecięcej wyobraźni, ale jednocześnie podkreślenie dramatu – sky is over. Do Disneylandu jest przecież tutaj kilka kroków, ale dla nich to mile nie do pokonania. Prawa, według których funkcjonuje świat kneblują usta dziecku, a nawet największa wyobraźnia będzie ucieczką, nie panaceum. Dokonuje się tutaj skuteczny zamach na niewinność. Można pomalować rozwalający się motel na fioletowo, iść na łąkę i czuć się jak na Safari, bawić się w chowanego, ale od zimnych łapsk prawdy nie da się umknąć. Dziecko niczemu nie jest winne, ale karę poniesie za wszystko. Co z tego, że Moonee mówi, siedząc na swoim ulubionym drzewie, że kocha jego złamanie, bo jednocześnie widać że kiedyś wstanie i nie do końca upadło – parafrazując.

Z ogromną umiejętnością i lekcją empatii dla widza, pokazana jest relacja Halley z Moonee, którą można było bardzo łatwo, niechcący szybko określić i podążyć narracją za tym słowem. Sean Baker jednak doskonale tego unika. Można nazwać pewne rzeczy bez zająknięcia patologią, stwierdzić, zza swoich szczelnie zamkniętych w mieszkaniu obok problemów, że macierzyństwo nie jest dla wszystkich, ale nie można odmówić tej dwójce prawdziwej i szczerej miłości. Tylko, że Halley uszczęśliwia Moonee na chwilę, jak dziecko drugie dziecko, ponieważ utknęła w niedojrzałości sama. Niechcący, w dłuższej perspektywie zrani tym swoje dziecko. Myśli o teraz, nie planuje jutra, Moonee to dziecko szczęśliwe, ale na chwile. Kiedy celem w życiu Moonee stanie się coś więcej, niż nazbieranie na lody od ludzi, sytuacja się zmieni. Film pięknie opowiada o masowym smutku wywołanym przez konsumpcjonizm i o tym, że miłość to za mało. Trzeba umieć w tym świecie więcej, niż dużo i szczerze czuć. Doskonale pokazuje to postać subtelnie i wewnętrznie rozedrganego Bobby’ego, który próbuje dystansować się wobec sytuacji i być odpowiedzialnym opiekunem motelu, ale jednocześnie czuje impuls czuwania nad małą i ojcowania Halley, bo ta – widać na kilometry – nie umie sobie poradzić w świecie i stworzyć trochę inne dziecińtwo dla Moonee. Sama pewnie nie doświadczyła innego.

Florida Project nie obiera żadnej ze stron, prócz dziecięcej, szczerze pokazuje cały metraż dramatu, który dotyka Moonee, a nie ona jest za niego odpowiedzialna. Jednocześnie przy pozornym dystansie wobec subiektywności, film bardzo splata nas z bohaterami, bo wpuszcza nas nie tylko za drzwi mieszkania, ale dziecięcego wnętrza. Które jest piękne i nieskażone, ale ktoś w nim nabałagani, nie pytając wcześniej czy może wejść.

To też ostry policzek dla tych co są przekonani, że wiedzą co się dzieje i są osiedlowymi inkwizytorami, a tak naprawdę serce im bije tylko z przyzwyczajenia. Florida Project to jednocześnie fantastyczna, pełna ekscesów i temperamentu, filmowa przygoda w andersonowskim stylu, gdzie w jednej chwili wierzymy nawet w istnienie jednorożców… ale ostatecznie tracimy wiarę w cywilizację, w jakikolwiek sens ludzkiego odruchu. A po burzy nie wychodzi tęcza.

Ocena: 9,5/10

Zostań naszym królem wirtualnego pióra.
Dołacz do redakcji FDB

Komentarze 0

Skomentuj jako pierwszy.

Proszę czekać…