500 dni miłości 2009

(500) Days of Summer

Tom jest niepoprawnym romantykiem. Wierzy, że nawet w obecnych cynicznych czasach prawdziwa miłość zdarza się tylko raz. Niestety Summer nie podziela jego zdania. To nie przeszkadza Tomowi walczyć o uczucia dziewczyny. Jest jak współczesny Don Kichote – marzyciel próbujący osiągnąć nierealne cele. Po jakimś czasie nie jest… zobacz więcej

Reżyseria
Marc Webb
Scenariusz
Scott Neustadter, Michael H. Weber
Aktorzy
Zooey Deschanel, Joseph Gordon-Levitt, Clark Gregg

Zwiastuny Zobacz wszystkie 4 zwiastuny

Zdjęcia Zobacz wszystkie 30 zdjęć

Obsada Zobacz pełną obsadę

Zooey Deschanel
jako Summer
Joseph Gordon-Levitt
jako Tom Hansen
Clark Gregg
jako Vance
Rachel Boston
jako Alison
Minka Kelly
jako Autumn, dziewczyna na rozmowie kwalifikacyjnej
Ian Reed Kesler
jako Oszust
Yvette Nicole Brown
jako Nowa sekretarka
Nicole Vicius
jako Imprezowiczka
Maile Flanagan
jako Rhoda
Darryl Sivad
jako Usher
Gregory Thompson
jako Minister

Fabuła

Tom jest niepoprawnym romantykiem. Wierzy, że nawet w obecnych cynicznych czasach prawdziwa miłość zdarza się tylko raz. Niestety Summer nie podziela jego zdania. To nie przeszkadza Tomowi walczyć o uczucia dziewczyny. Jest jak współczesny Don Kichote – marzyciel próbujący osiągnąć nierealne cele. Po jakimś czasie nie jest zakochany w Summer, tylko w idealizowanym obrazie dziewczyny, który sam stworzył. Historia zaczyna się w dniu gdy piszący teksty na kartki z życzeniami Tom (Joseph Gordon-Levitt) poznaje nową sekretarkę swojego szefa, Summer (Zooey Deschanel). Dziewczyna wydaje się być poza jego zasięgiem, ale okazuje się, że mają ze sobą dużo wspólnego. Oboje uwielbiają The Smiths i surrealistyczne obrazy Magritte’a. Do tego Tom kiedyś mieszkał w Jersey, a Summer ma kota o imieniu Bruce. Pasują do siebie jak dwie połówki jabłka… Po trzydziestu jeden dniach akcja powoli się rozwija. Trzydziestego drugiego dnia Tom jest już zakochany na zabój. Summer jawi mu się jako ideał. Sto osiemdziesiątego piątego dnia przychodzi lekkie zawirowanie, ale Tom wciąż ma nadzieję. Jego relacja z Summer jest raz lepsza, raz gorsza – spotykają się, po chwili przestają do siebie odzywać. W filmie pojawiają się skoki w czasie, sceny na dzielonym ekranie, karaoke. Wszystko to składa się na kalejdoskop przeżyć i skłania do refleksji na temat tego, czemu próbujemy zrozumieć czym jest miłość. opis dystrybutora

Gatunek
Dramat, Romans, Komedia
Słowa kluczowe
przyjaciel, nadzieja, miłość, biuro zobacz więcej

Zobacz także

Szczegóły

Premiera
2009-12-04 (kino), 2009-01-17 (świat), 2010-04-13 (dvd)
Dystrybutor
Imperial - CinePix
Wytwórnia
Fox Searchlight Pictures
Watermark
Sneak Preview Entertainment
Kraj produkcji
USA
Inne tytuły
500 Days of Summer (alternatywna pisownia)
Czas trwania
95 minut
Budżet
7 500 000 USD

Wiadomości zobacz wszystkie 27 wiadomości

Recenzje

Powiew świeżości 8
  • 2010-03-27
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

Gatunek komedii romantycznej to gatunek jednocześnie połyskujący i zakurzony. Połyskujący dlatego, że wciąż cieszy się sporym powodzeniem wśród współczesnych widzów, oferując im przelewającą się schematyczność i landrynkowość. A czemu "zakurzony"? Ano dlatego, że jak daleko sięgam pamięcią, dawno nie powstał film z tego kanonu, który chociaż przez moment oderwałby się z wszystkich tych sztampowych elementów.

500 dni miłości to debiut reżyserski pana Marca Webba, który dotychczas kręcił teledyski i wideoklipy. Debiut tak dobry, że można spokojnie go przyrównać z pierwszorzędną robotą Tarantina przy Wściekłych psach czy chociażby Powrotem Zwiagincewa.. Ale może pójdę w innym kierunku. Film Webba to odstąpienie od wszelkich standardów, schematów, obowiązujących dotychczas we wszystkich miłosnych komedyjkach. Już na samym początku filmu nawet sam narrator ogłasza, że nie będzie to historia miłosna...

Krótko o fabule. Główny bohater, niejaki Tom (świetny Joseph Gordon-Levitt), jest typem romantyka, melancholika, który wciąż oczekuje na swoją idealną "drugą połówkę". Wychowany został na brytyjskich piosenkach i złej interpretacji Absolwenta Nicholsa. Ma 20 lat i pracuje pisząc życzenia do kartek. Pewnego dnia w pracy pojawia się piękna Summer (bardzo dobra Zooey Deschanel), w której Tom bezgranicznie się zanurza. Razem tworzą wręcz zdjęcie z obrazka. Jednak Summer nie wierzy w miłość... I tutaj zaczynają się schody.

Webb, jak napisałem, obalił wszystkie możliwe stereotypy związane z tym gatunkiem. Reżyser całkowicie zmienia punkt widzenia - odwraca rolę. Zamiast rozhisteryzowanych dam mamy tutaj Toma, chłopaka, który bardzo emocjonalnie przeżywa wszelkie nieporozumienia i kłótnie z Summer. Chłopak idealizuje dziewczynę, przy tym cały czas jest przekonany, że to ta jedyna, pisana właśnie mu. Marc jednak rozwiewa jego mit. Czyni to w sposób humorystyczny z zachowaniem dobrego smaku. Dużo tutaj także odwołań do kina, poczynając od fragmentów Absolwenta, po Annie Hall (podobieństwo charakterów Summer i Annie jest niebywałe!) czy krótką parodie filmów Bergmana (Persony i Siódmej pieczęci).

Film Webba to swoisty manifest na propagowane przez media gotowe wzorce zachowań. W filmie pojawia się scena, w której zdesperowany Tom porzuca pracę, której nie lubi, wygłaszając przy tym monolog o faszerowaniu nas, odbiorców mass-mediów zalewem sztucznych, kolorowych i nic nie znaczących gotowych "odpowiedzi" na wszystko. Właśnie te elementy niszczą nasze ideały, którymi powinniśmy się kierować, a podsuwają gotowe schematy postępowania. Reżyser tym samym uświadamia nam, że poprzez te sztywne ramy tracimy naszą zdolność racjonalnego myślenia, naszą uczuciowość i romantyczność. Jednak Webb nie skreśla uczucia jakim jest miłość. Twierdzi, że jest jak najbardziej możliwa (żaden tam Święty Mikołaj!), ale na drodze przebytych doświadczeń.

500 dni miłości jak na film o stosunkowo niskim budżecie sprawdza się nad wyraz dobrze. Aktorzy zostali bardzo dobrze poprowadzeni, ich postacie długo zapadają w pamięć. Na ekran ani przez chwilkę nie wkradła się sztuczność ani pretensjonalność. Szczególnie dobrze wypadł Gordon-Levitt, którego dotąd mało widziałem na ekranie, a w tym filmie przekroczył samego siebie. Stworzył nietypowego melancholika, który ciągle szuka miłości. Rola ta przyniosła mu nominację do Złotego Globa i szkoda, że zabrakło nominacji do Oscara. Także dobór piosenek pozostaje w moich oczach niezwykle trafny. Rytmiczne, wpadające w ucho sprawiają, że mamy niekiedy wrażenie, że oglądamy jeden wielki teledysk. Rzadko się zdarza, że twórcy decydują się "wstawić" utwory klasyczne (tutaj The Smiths czy Simon & Garfunkel) w naszych czasach, gdzie króluje bezmózgi hip-hop i inne Dody i Lady Gagi...

Twórcy tego cudownego filmu udowadniają, że można w sposób przejrzysty opowiedzieć historię miłosną, bez jakiś zapierających dech w piersiach krajobrazach w tle, całej gamy światowych gwiazd i multum postaci. Jedynie dobry smak, inteligencja i niezwykłe poczucie humoru wystarczą by w sposób niebanalny opowiedzieć historię romantyczną. Z wdziękiem i gracją! Tylko film i aż tylko!

11 z 16 osób uznało tę recenzję za pomocną.
Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie

Czy wiesz, że?

Ciekawostka

W filmie użyto takich kombinacji niebieskich filtrów, aby podkreślić kolor oczu Zooey Deschanel. zobacz więcej

Wpadka

Po scenie tańcu Toma z przypadkowymi ludźmi pewna kobieta wręcza mu jego torbę. Zakłada ją tak, że klapa torby skierowana jest w stronę jego biodra. W następnej stronie jest ona zwrócona w przeciwnym kierunku. zobacz więcej

Pressbook

Dźwięki miłości: O muzyce — „Nie jestem aż tak pijany, żeby zacząć przy nich śpiewać” --Tom Nic nie opisuje bólu rozstania lepiej niż piosenka. Muzyka to ważny element „500 dni miłości”. Scott i Michael uważnie dobierali kawałki – postawili na takie, które pamiętają z czasów gdy sami mieli złamane serce : między innymi „Train in Vain” The Clash, czy „You Make My Dreams Come True” duetu... zobacz więcej

Komentarze 31

Avatar square 200x200

rast26 8

8/10 – Właśnie skonczyłem oglądac ten film i musze przyznac ze mile mnie zaskoczył bo myślałem ze bedzie to nudny film co prawda klimat filmu jest nieco ospały ale własnie ten klimat plus muzyka w nim zawarta oddaja całe sedno sprawy napewno jest to film prawdziwy i nietypowy na rom-com i bardzo dobrze bo wreszcie to nie milionowa produkcja o kopciuszku ze zgory wyrytym schematem tylko pokazuje prawde jak to bywa w zyciu

FilmowyAmator 9

Prawdziwość, nie oczernianie.. – Potwierdzam wszystkie poniższe wypowiedzi i film cechuję się oryginalnością, daje do myślenia oraz ukazuje prawdziwe momenty zakochanego mężczyzny, bez żadnych bajkowych scen. Idealna komedia romansowa dla zupełnie każdego, nawet nie dla fanów tego typu gatunków.

Redox 8

Powiew świeżości –
Gatunek komedii romantycznej to gatunek jednocześnie połyskujący i zakurzony. Połyskujący dlatego, że wciąż cieszy się sporym powodzeniem wśród współczesnych widzów, oferując im przelewającą się schematyczność i landrynkowość. A czemu "zakurzony"? Ano dlatego, że jak daleko sięgam pamięcią, dawno nie powstał film z tego kanonu, który chociaż przez moment oderwałby się z wszystkich tych sztampowych elementów.

500 dni miłości to debiut reżyserski pana Marca Webba, który dotychczas kręcił teledyski i wideoklipy. Debiut tak dobry, że można spokojnie go przyrównać z pierwszorzędną robotą Tarantina przy Wściekłych psach czy chociażby Powrotem Zwiagincewa.. Ale może pójdę w innym kierunku. Film Webba to odstąpienie od wszelkich standardów, schematów, obowiązujących dotychczas we wszystkich miłosnych komedyjkach. Już na samym początku filmu nawet sam narrator ogłasza, że nie będzie to historia miłosna…

Kadr z filmu

Krótko o fabule. Główny bohater, niejaki Tom (świetny Joseph Gordon-Levitt), jest typem romantyka, melancholika, który wciąż oczekuje na swoją idealną "drugą połówkę". Wychowany został na brytyjskich piosenkach i złej interpretacji Absolwenta Nicholsa. Ma 20 lat i pracuje pisząc życzenia do kartek. Pewnego dnia w pracy pojawia się piękna Summer (bardzo dobra Zooey Deschanel), w której Tom bezgranicznie się zanurza. Razem tworzą wręcz zdjęcie z obrazka. Jednak Summer nie wierzy w miłość… I tutaj zaczynają się schody.

Webb, jak napisałem, obalił wszystkie możliwe stereotypy związane z tym gatunkiem. Reżyser całkowicie zmienia punkt widzenia – odwraca rolę. Zamiast rozhisteryzowanych dam mamy tutaj Toma, chłopaka, który bardzo emocjonalnie przeżywa wszelkie nieporozumienia i kłótnie z Summer. Chłopak idealizuje dziewczynę, przy tym cały czas jest przekonany, że to ta jedyna, pisana właśnie mu. Marc jednak rozwiewa jego mit. Czyni to w sposób humorystyczny z zachowaniem dobrego smaku. Dużo tutaj także odwołań do kina, poczynając od fragmentów Absolwenta, po Annie Hall (podobieństwo charakterów Summer i Annie jest niebywałe!) czy krótką parodie filmów Bergmana (Persony i Siódmej pieczęci).

Reżyser filmu - Marc Webb wraz z filmową parą

Film Webba to swoisty manifest na propagowane przez media gotowe wzorce zachowań. W filmie pojawia się scena, w której zdesperowany Tom porzuca pracę, której nie lubi, wygłaszając przy tym monolog o faszerowaniu nas, odbiorców mass-mediów zalewem sztucznych, kolorowych i nic nie znaczących gotowych "odpowiedzi" na wszystko. Właśnie te elementy niszczą nasze ideały, którymi powinniśmy się kierować, a podsuwają gotowe schematy postępowania. Reżyser tym samym uświadamia nam, że poprzez te sztywne ramy tracimy naszą zdolność racjonalnego myślenia, naszą uczuciowość i romantyczność. Jednak Webb nie skreśla uczucia jakim jest miłość. Twierdzi, że jest jak najbardziej możliwa (żaden tam Święty Mikołaj!), ale na drodze przebytych doświadczeń.

500 dni miłości jak na film o stosunkowo niskim budżecie sprawdza się nad wyraz dobrze. Aktorzy zostali bardzo dobrze poprowadzeni, ich postacie długo zapadają w pamięć. Na ekran ani przez chwilkę nie wkradła się sztuczność ani pretensjonalność. Szczególnie dobrze wypadł Gordon-Levitt, którego dotąd mało widziałem na ekranie, a w tym filmie przekroczył samego siebie. Stworzył nietypowego melancholika, który ciągle szuka miłości. Rola ta przyniosła mu nominację do Złotego Globa i szkoda, że zabrakło nominacji do Oscara. Także dobór piosenek pozostaje w moich oczach niezwykle trafny. Rytmiczne, wpadające w ucho sprawiają, że mamy niekiedy wrażenie, że oglądamy jeden wielki teledysk. Rzadko się zdarza, że twórcy decydują się "wstawić" utwory klasyczne (tutaj The Smiths czy Simon & Garfunkel) w naszych czasach, gdzie króluje bezmózgi hip-hop i inne Dody i Lady Gagi…

Twórcy tego cudownego filmu udowadniają, że można w sposób przejrzysty opowiedzieć historię miłosną, bez jakiś zapierających dech w piersiach krajobrazach w tle, całej gamy światowych gwiazd i multum postaci. Jedynie dobry smak, inteligencja i niezwykłe poczucie humoru wystarczą by w sposób niebanalny opowiedzieć historię romantyczną. Z wdziękiem i gracją! Tylko film i aż tylko!

PS. Publikuję wcześniej zamieszczoną reckę na forum w razie jakiś pytań, sugestii etc.

walek07 10

nareszczcie – w końcu powiew świeżości w tym zatęchłym gatunku

Trophy walek07 9

Dobrze powiedziane.

klaudia28 walek07 8

ja też się zgadzam, film wg mnie był bardzo dobry, wiele nowości, ale chyba najbardziej podobało mi się to, że nie był przekolorowany, a dialogi bohaterów były spontaniczne i brzmiały bardzo naturalnie :) polecam wszystkim!!

o1o6

… – … i koncówka jest ładna :)

Współtworzą