Dzieci Ireny Sendlerowej 6.8

Film oparty na książce Anny Mieszkowskiej „Matka dzieci Holocaustu” opowiada o działalności bohaterskiej Polki, Ireny Sendlerowej, która podczas II wojny światowej, wraz z grupą współpracowników zainicjowała szeroko zakrojoną akcję ratowania dzieci z warszawskiego getta. Film koncentruje się przede wszystkim na ukazaniu wkładu narodu polskiego w ratowanie Żydów. Pokazane są tam zarówno wątki współpracy Ireny z Radą Pomocy Żydom – Żegotą, jak i jej bliska relacja z Kościołem. Dzięki szeroko zakrojonym działaniom Sendlerowej możliwe stało się bezpieczne wyprowadzenie z getta około 2500 dzieci, które umieszczone zostały w polskich rodzinach, sierocińcach i klasztorach. Prawdziwa tożsamość uratowanych była przez Irenę systematycznie odnotowywana na maleńkich kartkach ukrytych w słoiku zakopywanym w ogrodzie. W 1943 r. bohaterka została aresztowana przez gestapo i skazana na śmierć, ale dzięki wysokiemu okupowi zapłaconemu przez Żegotę wyrok wykonano tylko na „papierze”. Film kończy się wyjazdem Ireny do gospodarstwa rolnego w górach, gdzie pod fałszywym nazwiskiem ukrywać się będzie wraz ze swoim narzeczonym Stefanem aż do wybuchu powstania warszawskiego.

Recenzje

Płytka lekcja historii pozbawiona emocji i realizmu, lecz o wielkim kunszcie technicznym 6

31 sierpnia 2009 roku odbyła się w Gdańsku premiera filmu o jednej z najodważniejszych kobiet w historii II wojny światowej. Irena Sendler to postać wielka, której odwaga uratowała życie setkom dzieci, a która zasługuje chociaż na upamiętnienie w postaci niezapomnianego filmu. Czy udało się to Johnowi Kentowi Harrisonowi?

Po seansie mam mieszane odczucia i postaram się nakreślić szczegółowo, dlaczego film mnie nie zachwycił. Przede wszystkim, jest to produkcja amerykańska przeznaczona dla telewizji i niestety widać to od razu. Zacznę jednak od akcentów polskich. W obsadzie mamy kilku znanych naszych aktorów jak Maja Ostaszewska, Jerzy Nowak, Krzysztof Pieczyński czy Danuta Stenka. Tak naprawdę spośród tych ludzi, tylko Stenka pokazała klasę. Miała praktycznie tak samo małą rolę, jak pozostali, ale jej przejmująca gra robiła mocne wrażenie. Momentami swoim kunsztem przyćmiewała hollywoodzkie zdobywczynie Oscara, Annę Paquin i Marcie Gay Harden – brawa dla pani Danuty, może dzięki temu amerykańscy telewidzowie dowiedzą się, że u nas również są świetni aktorzy. Inny polskim akcentem była osoba Jana A.P. Kaczmarka, który komponował muzykę. Spodziewałem się wielkiej partytury na miarę chociażby Listy Schindlera Johna Williamsa, a dostałem kompozycję ciekawą, mroczną, ponurą, opartą głównie na pracy skrzypiec, lecz nie zapadającą na długo w pamięć i nie wywołującą takiego wrażenia jak niektóre inne wielkie dzieła naszego zdobywcy Oscara. Muzyka średnio współgrała z obrazem, często próbując wytworzyć określone emocje, lecz nie zawsze to wychodziło.

Główną rolę grała młoda Anna Paquin, aktorka, jak wiadomo, nietuzinkowa. Jednak jej kreacja wywołała u mnie niedosyt, z jednej strony pokazała Irenę jako ciepłą kobietę z odważnym i dobrym sercem, ale praktycznie nic szczególnego poza tym, brakowało mi głębi, nie miałem wrażenia, że oglądam młodą Irenę Sendler. Nie stworzyła postaci żywej, której gra pozostałaby w pamięci na długie lata. Dopiero pod koniec filmu zaczynała trochę rozwijać swoją postać, przez co wrażenie zrobiło się trochę bardziej pozytywne, lecz to nie wystarczyło, aby docenić tę rolę. Jej filmową matkę grała inna zdobywczyni Oscara, Marcia Gay Harden i tutaj, pomimo małej rólki, trzeba podkreślić jej klasę – potrafiła tchnąć życie w tę postać, grając na swoim standardowym wysokim poziomie. Mieliśmy w obsadzie jeszcze Gorana Visnjića, lecz było go tak mało, że ciężko było cokolwiek o nim powiedzieć.

Reżyserowi obrazu, Johnowi Kentowi Harrisonowi trzeba przyznać jedną rzecz, potrafi dobrze prowadzić aktorów, którzy ukazują nam na ekranie wszystko, na co pozwala im scenariusz. I tutaj przechodzimy do największego minusu tego filmu – scenariusza. Reżyserem może i jest dobrym, ale scenariusz jest lekko mówiąc przeciętny. To zrozumiałe, że jest to produkcja telewizyjna, lecz nawet jak na te standardy było w nim za dużo dziur. Przede wszystkim postaci, dostaliśmy ich całkiem sporą ilość – większość potraktowana kompletnie po macoszemu, efektem czego w scenach, które miały nas poruszać, w których powinniśmy obawiać się o ich dalsze losy, postacie były nam obojętne. Film miał wzruszać, a tak naprawdę emocji jest tu jak na lekarstwo. Anna Paquin robiła co mogła, by przekazywać je w swojej kreacji, lecz scenariusz nie pozwalał jej na wiele, a szkoda. Harrison pokazał wydarzenia w sposób czysto telewizyjny, skierowany do widza amerykańskiego. Tak oto, gdy Irena zaczyna ratować dzieci, a widz czeka, by zobaczyć te historyczne wydarzenia, które stworzyły jej legendę i wielkość, nagle wątek się kończy. Nie widać w filmie tej wielkości, oglądając nie mamy wrażenia, że uratowała 2500 dzieci – gdyby po projekcji nie napisano tego, widz nie znający tej historii, nie wiedziałby o co taki szum. Postać Ireny Sendlerowej zasługiwała na ukazanie jej taką jaką była – dziewczyną o odważnym i dobrym sercu, niestety udało się to tylko połowicznie. Ponadto, to wszystko wydawało się zbyt proste – jakby ten ratunek był formalnością, zero problemów od strony Niemców, zero napięcia czy strachu ze strony ryzykujących życiem kobiet – nic, zero emocji, czyli idziemy po dzieci i z nimi wracamy, nie mamy się czego bać. To jest największa wada tego filmu, co na pewno nie było zrozumiałe dla amerykańskich widzów, ale w Polsce będzie aż nadto widoczne. Dziwnym pozostaje twierdzenie, że polska wersja jest przemontowana i spotęgowano w niej przemoc od strony Niemców. Jaka przemoc? Film nakręcony tak, że spokojnie mogłoby go obejrzeć 10-letnie dziecko, celem nauczenia się podstaw historii – wszelkie sceny „okrucieństwa” Niemców są praktycznie niewidoczne. Brakuje temu projektu ikry, by ukazać realizm tego barbarzyństwa, gdzie człowiek w ghettcie mógł zginąć za to, że Niemiec miał zły humor i wszedł mu w drogę. Ten brak niemieckiej przemocy może odbić się złym odbiorem filmu, kiedy to przeciętny amerykański widz zakwestionuje brutalność Niemców tylko dlatego, że nie przedstawiono jej w filmie. Nie tego spodziewałem się po takim projekcie – nie chodzi o szokowanie, tylko o oddanie pewnego realizmu, który mógł poruszyć widza i dać mu do myślenia. Wina na pewno leży po stronie stacji, która nie jest tak odważna jak HBO czy Showtime, przez co musieli złagodzić pewne rzeczy, aby obraz mógł być puszczany w paśmie wieczornym w telewizji.

Dzieci Ireny Sendlerowej mają jeden naprawdę wielki plus, który po pierwszych sekundach projekcji, dał mi nadzieję na wielki film – są to zdjęcia. Od początku reżyser bawi się kolorystyką, ukazując nam wydarzenia w ponurych, wyblakłych i mrocznych barwach – pasowało to idealnie do klimatu, który powinien oddawać ten obraz. Niektóre ujęcia naprawdę zapierały dech w piersi. Brawa dla naszego operatora, Jerzego Zielińskiego. Innym plusem na pewno są kostiumy i scenografia, a także montaż – części technicznej filmu praktycznie nie ma czego zarzucić.

Podsumowując, czy Dzieci Ireny Sendlerowej są warte tego całego szumu, jaki wokół nich powstaje w Polsce? Film niestety jest rozczarowujący ze względu na jedną rzecz – zamiast pełnej emocji historii wielkiej kobiety – dostaliśmy prostą, suchą lekcję historii dla widza w każdym wieku. Jeśli odejmiemy warstwę uczuciową tego filmu, ogląda się go w miarę przyjemnie, lecz raczej jego przeznaczeniem jest wieczorny seans telewizyjny niż wyprawa do kina. Gdyby u nas obraz nie był pokazywany w kinach, odbierałoby się go zupełnie inaczej - jednak od filmu kinowego ma się większe wymagania. Mimo wszystko, zachęcam do obejrzenia nawet w kinie, chociażby po to, by poznać historię kobiety o tak wielkim sercu, która poprzez swoją dobroć zapisała się złotymi zgłoskami na kartach dziejów świata.

9 z 11 osób uznało tę recenzję za pomocną.
Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie