Kiepsko jak na "superprodukcję" – Przykro stwierdzić, ale zupełnie do mnie nie trafił ten film. Otwierająca scena typowo hoffmanowska – step, kawaleria, tumany kurzu (trafiona opinia koleżanki). Natasza ładnie śpiewa, ale tak bardzo się stara przeżywać domniemaną śmierć męża, który obiecał wrócić z wojny, że zupełnie jest niewiarygodna. Piłsudski przedstawiony jest jako "dobry dziadzio" i średnio licuje z postawą "wam kury szczać prowadzić a nie politykę robić". Żołnierz nawet młotkiem się posługiwać nie potrafi, za to Natasza karabinem maszynowym cały worek rozszarpała (i to dobry worek całkiem, dupa z tego żołnierza, żeby dopiero Nataszy trzeba było). Witosa uczczono 3 minutami filmu (wyciągając go jak królika z kapelusz). Jakby ktoś chciał się połapać co gdzie i jak się wydarzyło w trakcie tego cudu, to zobaczy znowu kawalerie pędzącą przez pole i wycinającą w pień "ruskiego". Nie wiadomo kiedy, scena się kończy (to kolejny cud) i Wieniawa prowadzi "pasjonującą" dyskusję z Piłsudskim na temat głupoty polskiego ludu prostego, który zapewne ochrzci mistrzostwo taktyczne cudem. Ach i ten moralizatorski motyw ukaranego (uśmierconego) żandarma-gwałciciela. Najważniejsze, że Szyc jednak wraca do życia, Natasza upuszcza tacę z lekarstwami i odnajduje ukochanego. The end.
Najciekawiej przedstawioną postacią jest Janek (Szyc), który po prostu ma coś do przekazania i ta rola jest świetnie zagrana. Trzeba też oddać ekipie, która robiła wszystko, żeby wszystko dopiąć na ostatni guzik (w dosłownym tego słowa znaczeniu). Należy się wielki plus za wszelkie efekty, choć obcinania ręki można było widzowi oszczędzić (wraz z mniej efektownymi srającymi w dworskich izbach sowietami). Nie mniej obrzydliwy był czekista, ale prawda jest taka, że to akurat bardzo ciekawa postać i warta głębszego zastanowienia, rola super.
Ogólnie – scenariusz do bani, efekty ekstra. Co do aktorów – różnie bywa.
Proszę czekać…