RECENZJA: Doktor Strange

Doktor Strange uczy, że porażkę można przekuć w zwycięstwo. Sukces jest względny, zazwyczaj okupiony poświęceniem i niełatwymi wyborami, a nieśmiertelność przereklamowana. Zabiera widza w wędrówkę po różnych wymiarach, manipuluje czasem, ale przede wszystkim dekonstruuje pragnienia głównego bohatera. Ustala priorytety, uczy pokory i uderza w rozbuchane ego. Scott Derrickson robi to, co w Marvelu najlepsze: gwarantuje niesamowitą rozrywkę, ale dodaje do tego angażującą historię i pierwszoligowych aktorów.

Stephen Strange (Benedict Cumberbatch) jest niezwykle zdolnym neurochirurgiem. W swym ekscentryzmie przypomina mieszankę Dr Housa i Sherlocka Holmesa (!) z dużo większym ego i niezachwianym poczuciem własnej wartości. Sukces przerywa wypadek, który odbiera szansę na dalszą karierę. Medycyna zachodnia zawodzi, więc doktor wyrusza na Wschód, poszukując alternatywnych rozwiązań. Spotkanie ze Starożytną (Tilda Swinton) i Mordo (Chiwetel Ejiofor) otwiera mu oczu na magiczny świat i nieskończone możliwości ludzkiego umysłu. Chłonny wiedzy rozpoczyna szkolenie. Wkrótce będzie musiał stawić czoła złu w postaci pragnącego nieśmiertelności Kaeciliusa (Mads Mikkelsen.

Mamy tutaj miłość, honor, walkę, ogromną siłę i niezliczoną ilość wizualnych atrakcji. Świat Marvela zyskuje dodatkowy wymiar, gdzie efekty specjalne są na usługach opowiadanej historii, a nie tylko efektownym dodatkiem. Konstrukcja świat, w którym porusza się Starożytna przypomina mieszankę Incepcji i Harry’ego Pottera. Równoległe rzeczywistości, przestrzeń za lustrem i magia, która daje Strange’owi niesamowitą moc stają się nie tyle filmowym ozdobnikiem, co intrygującą opowieścią pełną niuansów i moralnych dylematów. Doktor Strange co prawda wędruje tą samą ścieżką, co Avengers, wpada w podobne schematy, ale potrafi wyciągnąć z nich esencję i stworzyć indywidualny charakter.

Po raz pierwszy zło nie przybiera formy konkretnego bohatera, a raczej idei i ludzkiej zachłanności. Strange mierzy się ze swoimi słabościami, aby odnaleźć się w rzeczywistości, którą otworzyła przed nim Starożytna i strzegący tajemnej wiedzy i ksiąg magicznych Wong (Benedict Wong). W swych staraniach jest on jednak pokraczny i ułomny, dzięki czemu pozostaje ludzkim superbohaterem. Cumberbatch doskonale wyważył humor i powagę. Nie popada ze skrajności w skrajności, przeprowadzając Strange’a od postawy patentowego dupka i egoisty do walecznego herosa.

Derrickson pokazuje, że nie tylko Superman czy Harry Potter może mieć „magiczną” pelerynę. Bawi się schematami, które ustaliło już marvelowskie kino i zachwyca wizualnym szaleństwem. Wprowadza odrobinę patosu. Równoważy go humorem. Pokazuje, że wciąż można stworzyć indywidualny charakter opowieści, opierając się na sile i intelekcie. Doktor Strange to bohaterskie kino w niezwykle barwnej oprawie.

Moja ocena: 7,5/10