Gdynia 2017: Czuwaj

Obóz harcerski, czarno-białe kadry i dosyć napięta sytuacja pomiędzy zespołem od samego początku, nie zapowiada nam wesołego odśpiewywania czaru ogniska. Robert Gliński dał nadzieję Czuwaj, że zrobi gęsty kryminał, z dreszczem ukrytym w każdej koronie drzewa i zamiesza. Jednak pomieszał wiele sam w narracji i historii, przez co mamy „morderca jest wśród nas” i od razu chcemy odpowiedzieć. Do tego dużo nielogicznych sytuacji i mało temperatury, bo akcje niesie i prowokuje przeciętna inteligencja bohatera – to bardzo prosty chwyt i irytujący z czasem widza.

Na obóz harcerski prócz zwartej grupy harcerzy przyjeżdża, z pomysłu i inicjatywy opiekuna – Komendanta, biedna młodzież, która dostała przepustki i ma się nauczyć wartości harcerskich oraz spędzić dobrze czas – taka wymiana doświadczeń i perspektyw życia, która ma dać lekcje dla obu stron. Jednak daje po twarzy i to dosłownie. Obóz „nieharcerzy” jest nazwany wbrew patriotycznym przekonaniom, w namiocie ledwo postawionym jest pełno wódki, a i nie każdy gra fair wobec drugiego. Seria wypadków, która będzie miała miejsce, sprawi, że prócz wyjazdu na prawie cały film aktora Leszka Lichoty i pojawienia się charyzmatycznie zbudowanej postaci inspektora przez Zbigniewa Zamachowskiego, który śmieci na miejscu zbrodni (pali papierosy), nic nie wyciągniemy nieszablonowego z tego filmu.

Gliński przez niepotrzebne dla fabuły rozbieżności, niespójności, absurdy i charakter filmu: dla młodzieży uczącej się podstaw kina, zmarnował potencjał na stworzenie seryjnego thrillera (do tego gatunku film jest zakwalifikowany) i pokazuje nam schematyczne i bez żadnych supłów fabularnych proste kino. Proste, ale w złym znaczeniu tego słowa. Można się spodziewać, że będzie to pewne prześwietlenie tematu przemocy nieuzasadnionej, nie wyjaśnialnej dla nas z kilku powodów, jak w Placu Zabaw dotyczące podobnej grupy wiekowej, ale nikt nie usypia naszej czujności ani nie konfrontuje nas z jakimkolwiek złem. Tylko z jakąś ugłaskaną, poprawną wersją, gdzie wcale nie zostaje wiele dla widza w domyśle, a po prostu jest niestworzone – młodzieżowy produkt, który nie niesie ze sobą emocji – wyhamowuje.

To też film, który nie jest wygimnastykowany w sposobie prowadzenia narracji. Chłopak prowadzi dochodzenie i to jest zbudowane na zasadzie „przychodzi baba do lekarza”. Dialogi tylko dodają chropowatości, nierealności i niepotrzebnej zachowawczości temu filmowi. Bo nie powstaje z tego, jakiś wolny przedział dla wyobraźni i kombinowania widza, a wolny przedział, gdzie wieje nudą.

Doskonale zbudowana przestrzeń i działanie na korzyść niepowszechności opowiadanej historii udają się tylko dzięki zdjęciom Łukasza Gutta. W Czuwaj nie trzeba być czujnym, bo to nie jest kino niespodzianek, a zawodu. Nie dokonuje się demaskacji prawdziwych oblicz młodych ludzi w sytuacjach ekstremalnych, a obnaża słabości w opowiadaniu rzeczy niezwietrzałych przez reżysera.

Ocena: 4/10