RECENZJA: Listy do M.3

Autorzy Listów do M. trzeci razy próbują wywołać przed wszystkimi (teraz już w listopadzie) w nas wiarę w magię świąt i stworzyć własną wersję Love Actually. Tak jak w pierwszej części miało to jakiś swój niewinny urok i lekki magnetyzm, a przynajmniej wytworzyło poczucie oczekiwania, co w naszym kinie wyrośnie z takiej inicjatywy, tak w kolejnych zamienia się w odcinek polskiego serialu. Do trzech raz szuka, nie sztuka. Tym razem nie grzeją. Kubek ciepłej herbaty wystygł, a ta nie ma smaku, bo ile można parzyć tę samą torebkę?

Mamy ciąg dalszy przygód naszej paczki bohaterów z poprzednich części, a i przybywa kilka nowych twarzy (i to jakich!). Trochę się wydarzyło, kiedy nas nie było. Tym razem w radio zasiada Karolina, prowadząc audycje i zachęcając ludzi do działania, napawając entuzjazmem, odbierając dziwne telefony, a szczególnie jeden – który może odmienić jej życie. Gibon, policjant od roku słucha jej audycji i wozi jej zdjęcie w samochodzie, wierząc w miłość od pierwszego usłyszenia. Wojciech chce spędzić święta sam, żona odeszła i w nerwach wygonił swoją gosposię, przez co zostaje szantażowany przez jej hiper-inteligentną córkę. W tym samym czasie Zuza wpada na Rafała, a właściwie wpadają sobie nawzajem w oko, co tylko spotęguje jej wątpliwości co do poukładanego związku, w którym ona nie ma za wiele do powiedzenia, z Andrzejem, wyjętym z reklamy drogich perfum. Szczepan i Karina dalej są małżeństwem, a nawet dziadkami. Karina przechodzi kryzys, uważa, że za chwilę umrze, można ją już zabalsamować. W związku z tym, Szczepan w święta decyduje się upalić doszczętnie, by wyluzować, jak to sobie jego żona nieustannie życzy.

Oczywiście wróci też główny wodzirej imprezy, dziwnych wydarzeń w wigilijnym dniu, pan nieświęty Mikołaj nazywany Melchiorem, Melem Gibsonem. Dalej niespecjalnie darzy sympatią ludzi, ale ma spore wyzwanie odnaleźć dziadka swojego syna, który dawno wyszedł po papierosy i nie wrócił…

Twórcy w tym kalejdoskopie postaci i zestawie kilku historii mają jeden główny imperatyw – udowodnić, że Wigilia to będzie czas wyjątkowy dla każdego. To film, który ma krzepić, prężnie reprezentować nurt feel good movie, jednak jest coraz mniej zmyślnie, humor sytuacyjny, slapstick, jest często chybiony, postaci ledwo muśnięte, zachowujące się jak pacynki. Skaczemy nieznośnie po tej planszy, nie dają nam się zakolegować, nawiązać jakiejkolwiek relacji, z którymś z wątków. Takie dzielenie historii, rozczłonkowywanie, nierówności, nie są dowodem na zmyślność reżyserów, a raczej na tworzenie naprawdę nieciekawych miniatur filmowych. Na dodatek główny element konstrukcji filmu – humor – naprawdę jest mikro rozmiarów, a jeszcze mniej skuteczny. Nie czujemy żadnej magii.

Listy do M.3 nie wytwarzają szczególnej atmosfery, nie są wymarzonym, świątecznym prezentem, ale też żadnym utrapieniem – tylko konkretnie zaprogramowanym produktem na półce sklepowej. Po prostu jest to granie tych samych utworów, ale tak jak „Last Christmas” nigdy nie będzie za dużo, tak ten film na poziomie gatunku, nastroju, interakcji z widzem, sam siebie już przedrzeźnia.

Ocena: 3/10