Piszę, bo wszystko inne mniej lubię. Piszę w przerwach od fantazjowania o upiciu się z Billem Murrayem... albo odwrotnie.

Recenzja: Roma 0

Kino jako przypowieść o naturalnej potrzebie miłości, ale osadzone w ekstremalnym realizmie. Tym właśnie jest Roma. Niemym krzykiem na sytuację jednostki uwikłanej w zaprogramowane życie przez klasę, do której należy. Co potęguje tragiczny wymiar tego ascetycznego, pozornie nieinwazyjnego obrazu? Że niezależnie od klasy, poczucia zobowiązania wobec niej są sytuacje, w których nie czerpie się korzyści ze społecznej pozycji, a tylko ból. Nawet nadejście wyzwolenia nie jest oddechem wolności ani fetą, ale oszczędnie pokazaną, nieprostą nadzieją. Ziemia zawsze może zadrżeć i to nie my często wywołujemy te trzęsienie.

Roma to dzielnica Meksyku, w której mieszka klasa średnia. W jednej z takich rodzin służy Cleo i Adela. Nie są one stąd, a z meksykańskiego ludu Misteków. Bariera i odległość pomiędzy nimi, a ich „Panami”, prócz oczywistej hierarchii jest o wiele mniejsza, niż się wydaje. Pani domu nieustanie musi tłumaczyć dzieciom wyjazdy męża, a z czasem przestaje sama wierzyć w jego powroty. Bardzo długo unika skonfrontowania się z tym, że jest samotna. Jest niewolnicą konwenansów. Cleo i Adela pomiędzy usługiwaniem dobrze traktującej ich Pani oraz uwielbiających je dzieci próbują żyć własnym życiem, załapać się na kilka stacji szczęścia. Umawiają się z chłopcami, co komplikuje historię jednej z nich. Wszystkie postaci w pewnym momencie niezależnie z jakiego pochodzą środowiska, w jakim momencie swojego życia są skonfliktowane, odczują zagubienie, a towarzyszem ich życia będzie dramat.

Roma to kino piekielnie zaangażowane, które zaczyna swoją dysputę o kondycji kraju oraz społeczeństwa zza ściany jednego z wielu domów. Codzienna obserwacja, cierpliwość ze strony reżysera, ale i niezbędna ze strony widza powoli przechodzi do bezwzględnego, ale pełnego uczuć referatu o upadkach. Bez głośnego uderzenia o wypolerowaną posadzkę, czy o brudną podłogę, ale z ogromnymi uszkodzeniami wewnątrz.

Dramaty jednostek są pretekstem, by odnieść się i wprowadzić krytyczny komentarz o niszczycielskiej sile wartościowania człowieka przez system – z powodów finansowych, pochodzenia lub płci. Szczególnie mocny akcent pada na tę ostatnią przyczynę. Niespieszny obraz tylko potęguje przygnębienie. Rytmicznym tempem i naturą slow cinema ilustruje dotkliwe niedzianie się oraz bezradność bohaterek. Pani Sofia i Cleo w pewnym momencie nie bez powodu przekraczają jakąś sztucznie wytworzoną przez system granicę służącej i pracodawcy w celu wzajemnego wsparcia. Z innych światów fizycznie, spotykają się w tym samym psychicznym i emocjonalnym piekle. Mamy w tym nie tylko dosłownie czarno-białym obrazie barwy ochronne, które sobie wzajemnie oferują. W tym ciemnym pomieszczeniu w jakim się znajdą, które odważnie wybudował film, zapalą swoją relacją świeczkę. Z tradycją i zaaferowaniem kina Bunuela, czy Viscontiego od szczegółu do ogółu. Tragedie, który się wydarzyły, ale nikt ich nie wykrzyczał. O rzeczach niewygodnych przy początkowej grze pozorów pięknych, sterylnie zaprojektowanych przestrzeni i cudownie prowadzonej kamery, demaskującej tak naprawdę postępujące rozpadanie się szlachetnych wartości i altruizmu.

Każda z bohaterek cierpi na jakieś ubóstwo – uczuciowe, finansowe oraz staje w obliczu wyzwania egzystencji po porażce. To piękna egzemplifikacja wypalonych dziur w sercach kobiet, gdzie żadna nie ma immunitetu. Historia biedy definiuje ją na wiele sposobów i udowadnia, że nikt wobec niej nie ma skutecznie działającego parasola ochronnego.

Pragnie się napisać z zachwytu nad konsekwencją twórczą i inteligencją, że to kino dopięte na ostatni guzik. Jednak powoli słyszymy, przy ogromnej koncentracji, jak te guziki opadają na ziemię i odsłaniają cierpiące dusze. Roma jest wyjątkowa. Jako jeden z niewielu filmów w ostatnim czasie wie o czym chce opowiedzieć, jak, po co i robi to ze szczerze zmartwioną miną o los człowieka.

Piękno obrazu nie zdejmuje ciężaru, czy nie odciąga naszej uwagi od subtelnie pokazywanych problemów. Wręcz przeciwnie. Jak mówił Umberto Eco: Piękno jest ograniczone kanonem, zaś brzydota nieograniczona w swoich możliwościach. Te słowa doskonale odzwierciedlają Romę i jako kino myślące dla myślącego nie przywodzi na myśli celniejszego słowa, niż arcydzieło! Imponująca historia drogi od cichego płaczu solistki, zranionej kobiety, do głośnego i nabierającego na sile chóru kobiet.

Ocena: 9,5/10

Zostań naszym królem wirtualnego pióra.
Dołacz do redakcji FDB

Komentarze 0

Skomentuj jako pierwszy.

Proszę czekać…