Piszę, bo wszystko inne mniej lubię. Piszę w przerwach od fantazjowania o upiciu się z Billem Murrayem... albo odwrotnie.

RECENZJA: Yesterday 0

Oryginalne kino apokaliptyczne (nie tylko dla Bitelsomanów) ze sporą wyobraźnią, błyskotliwe i nieprzewidywalne? Tak się zapowiada na początku film Yesterday. Niestety produkcja chce się podobać każdemu, zabiega o atencje i mimo rozrzedzenia emfatycznego opowiadania o muzycznej legendzie absurdalnym, oryginalnym i świetnym humorem oraz ciekawej refleksji o wielkości nie do powtórzenia, to po prostu produkcja wykalkulowana i nieznośnie, prostolinijnie, krzepiąca bajeczka. Za tą całą dekoracją fantazyjnych rozwiązań sytuacji irracjonalnej, wręcz zgrabnego kina fantasy, nie pozostaje wiele. Za dużo cukru w cukrze, a brawura tego filmu kończy się na pomyśle. Muzyka The Beatles może otumanić, ale nie na tyle, byśmy nie zauważyli, jak mało to wymagający utwór filmowy.

Spotykamy młodego muzyka Jacka, który odnosi dotychczas większe sukcesy na polu zawodowym jako pracownik sklepu spożywczego, niż jako pełen ambicji i marzeń muzyk. Po którymś jego występie, gdzie większością publiczności byli znajomi bohatera, Jack nie wierzy w cuda i decyduje się wrócić na ziemię. Wszechświat wystarczająco razy go wygwizdał i zakomunikował co sądzi o jego muzyce. Nie będzie jednym z bohaterów z okładek jego sporego zbioru winyli. To ma być koniec Jacka jako muzyka. Nie ma to jednak tej melancholii i dramaturgii egzystencjalnej, jak w historii o bohaterze w podobnej kondycji z filmu Co jest grane, Davis.

W tym momencie następuje dziwne spięcie, wyładowanie, cały świat przez kilka minut spowiła ciemność, która nieodwracalnie zmieniła rzeczywistość. Ta została wybrakowana z pewnych wynalazków, zjawisk, ale zbiorowa amnezja nie dotknęła naszego niespełnionego muzyka. Żyje od teraz w świecie, w którym nie ma coca-coli, papierosów, zespołu OASIS (co ironicznie akurat według bohatera nie jest stratą) i brakuje też czterech mężczyzn, którzy bezdyskusyjnie wpłynęli na świat, nie tylko muzyczny. To fatalistyczna rzeczywistość melomana – świat, w którym nigdy nie było The Beatles. Jack może zostać bohaterem albo hochsztaplerem. Może wykorzystać okoliczności do zrobienia wymarzonej kariery, tylko z małym „ale” – będzie miał cały czas świadomość, że to nie on jest odpowiedzialny za swój sukces. Po prostu kradnie go komuś, kto nigdy w zbiorowej świadomości nie istniał. Zbrodnia doskonała? Czy jednak czyste sumienie zwycięży? A może będzie po prostu ostatnim piewcą wielkiego zespołu i uświadomi świat na nowo?

To mogłaby być naprawdę intrygująco poprowadzona historia z charakterem i nieobliczalnością. Z jednej strony dostajemy filmowy utwór pochwalny dla zespołu The Beatles, ale z czasem wydaje się to być tylko pretekstem. Szkoda tylko, że nie do jakiejś rozleglejszej refleksji. Danny Boyle bawi się pomysłami aranżowania świata i sytuacji, ale nie kopiąc głębiej. Porusza się po powierzchni, nie przenicowuje współczesnego środowiska muzycznego, które chce spieniężyć wszystko i oddala się od pojęcia artyzmu. Jak obecne mechanizmy, narzędzia nierozłączne z muzyką wpłynęłyby na The Beatles, gdyby tworzyli współcześnie? Yesterday też bardzo, bardzo naskórkowo i zbyt delikatnie o ironio właśnie o powierzchowności prawi i współczesnym odbiorcy. Odbiorcy rozproszonym, okazującym miłość do muzyki w postnowoczesnym świecie w zupełnie inny sposób. Tylko, że Boyle nie ma zamiaru podjąć z tym polemiki, nie jest krytyczny, serwuje nam skrótowo obserwacje, ale nie zabiera głosu. Sympatyzuje ze wszystkim. Czujemy, że narracja jest obojętna, brakuje tupnięcia nogą, indywidualnego głosu. To bardzo bezpieczny, fasadowy film i totalnie przewidywalny.

Dynamiczna narracja sprawia, że film jest kompletnie nieskupiony i chwilami można odczuć wrażenie, że tylko wykorzystuje jeden z największych zespół wszech czasów, by opowiedzieć o czymś zupełnie innym. Nic w tym złego, bo nikt nie obiecywał jednoznacznego filmu muzycznego, samego hołdu dla The Beatles. Tylko zamiast tego, nie ma tutaj nic oryginalnego. Jest familijnie, asekurancko i chwilami bardzo przezroczyście. Yesterday chyba też nie ma intencji koncentrować się na czymś dłużej. Mamy szablon od zera do bohatera, gdzie nasza ambiwalencja wobec Jacka zostaje tendencyjnie rozegrana, bo pojawia się ostatecznie nastrój ku pokrzepieniu i kaznodziejstwo.

To jest niezobowiązujące kino, o wadze naprawdę piórkowej, gdzie film „używa” zespołu, który sam stosował tylko kilka akordów i grał prosto, ale emocjonalnie, wrażliwie i bez wątpienia wiarygodnie. Tutaj też jest prosto, ale z wykoncypowaniem. Nie będzie się pamiętało, że Yesterday się wczoraj widziało. The Beatles nie fałszowało w przeciwieństwie do filmu.

Ocena: 4/10

Zostań naszym królem wirtualnego pióra.
Dołacz do redakcji FDB

Komentarze 0

Skomentuj jako pierwszy.

Proszę czekać…