Renegaci 6.4

Grupa amerykańskich komandosów odkrywa, że w jednym z jezior znajdujących się na terenie Bośni i Hercegowiny zatopiony jest nazistowski skarb pochodzący z II wojny światowej. Wyruszają w niebezpieczną misję, której celem jest kradzież złota.

Recenzje

Renegaci nie wyróżniają się właściwie niczym. Może powstali jako smutna przestroga i przypomnienie o tym, że Luc Besson (współproducent Renegatów) lubi sobie bezwstydnie pochałturzyć. 4
  • 2018-03-29
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

Do Renegatów podchodziłam jak pies do jeża. Już sam dość generyczny tytuł podpowiadał, że będzie to rozrywka, jakich wiele: twarde męskie kino, ociekające testosteronem, mielonka z mięśni, pięści i giwer. Taka, że tylko przegryźć stejkiem. Czy moje obawy się potwierdziły? Otóż i tak i nie.

Mamy lata czterdzieste. Triumfalny pochód nazizmu przez Europę. Niemcy rabują, co mogą, bo mogą. Na przykład francuskie złoto, które oddział nazistów zwozi do pewnej bałkańskiej wsi. Jednak Niemcy nawet nie mają okazji rozpakować się z całym tobołem, bo oto na drodze staje im jugosłowiańska partyzantka, wysadzając w powietrze tamę, zatapiając tym samym miejscowość – razem ze złotem i razem z Niemcami. Przenosimy się w czasie o pięćdziesiąt lat do wstrząsanego wojną domową Sarajewa. Tu na legendę o zatopionym kruszcu trafia oddział sił specjalnych amerykańskiej marynarki. Dzielne chwaty postanawiają wydobyć złoto tuż pod nosem dowództwa i lokalnych najemników, którym przewodzi niejaki Petrovic o cokolwiek putinowskiej fizjognomii (element grozy zaliczony).

Pierwsze kilkanaście minut filmu nie wróży dobrze, choć są bazooki i nawet czołgi. Pełni rolę preludium, o którym dość szybko zapominamy. Po tych seagalowskich wyczynach film robi gatunkową woltę i wkraczamy w sferę heist movie. Wtedy robi się nieco ciekawiej. Nasi bohaterowie szykują się do wyprawy i do wyprawy przystępują, choć los rzuca im cieniutkie kłody pod nogi. Najlepiej jest pod wodą – mamy dwie intrygujące wizualnie sceny: nadgryzione zębem czasu zrabowane malowidło, które dosłownie rozprasza się na naszych oczach, oraz granaty obracające w perzynę zatopiony kościół.

Renegaci nie wyróżniają się właściwie niczym. Misja jest, co tu kryć, infantylna od początku aż po finał. Dużo bardziej finezyjne misje rozpykiwało się za dzieciaka w Commandosach. O budowaniu postaci właściwie nie ma co mówić. Mamy na przykład szefa misji – szarżującego twardziela. W pewnym momencie bohaterka zauważa, że nosi on w sobie egzystencjalny ból – po czym to poznała, zachodzę w głowę i dojść nie mogę. Otrzymujemy w każdym razie tragiczną historię, o tym, jak to stracił dziecko, co nie ma absolutnie żadnego przedłużenia w fabule ani żadnego dla fabuły znaczenia. Po prostu sobie jest.

Jasnym punktem jest postać przełożonego naszych renegatów, którego całkiem sympatycznie i z nerwem (na tyle, na ile pozwalał scenariusz) zagrał J.K. Simmons (ten sukinkot z Whiplash).

I jeśli mnie spytacie: czemu powstali Renegaci, rozłożę ręce i powiem „nie wiem”. To film, od jakich wprost roi się w telewizji (no właśnie: w telewizji). Może powstali jako smutna przestroga i przypomnienie o tym, że Luc Besson (współproducent Renegatów) lubi sobie bezwstydnie pochałturzyć.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie