Piszę, bo wszystko inne mniej lubię. Piszę w przerwach od fantazjowania o upiciu się z Billem Murrayem... albo odwrotnie.

RECENZJA: Zaćma 1

Przeszłość to przebiegły stwór, który potrafi nam nabałaganić w rzeczywistości. Ona dosięga do nas zawsze, ale my do niej nie jesteśmy w stanie. O tym chyba opowiada Zaćma Bugajskiego. Chyba, bo niestety za dużo w tej historii chropowatości, niezaskakującej demaskacji i budowania politycznych fortów, na czym obiecująca historia o odkupieniu win i duchowej przemianie w mrokach klasztornych, traci na wiarygodności i jest niczym innym jak niezdecydowaną przebieranką.

Do jednego z klasztorów przyjeżdża elegancko ubrana, tajemnicza, z zapasem papierosów, kobieta. Krwawa to jej pseudonim z przeszłości i tylko tyle łączy ją z Krwawą Wandą z Idy. Jest wyniosła, nie zyskuje naszej sympatii i nie wygląda na postać poszukującą, a po to tutaj trafiła. Julia była członkinią UB, która zniszczyła życie wielu ludziom, a jej obecne nie wygląda dużo lepiej – niby. Pali nerwowo, czuje się oszukana, gdyż ideologia według której dokonywała zbrodni sprawiła, że nie myślała o sobie jako morderczyni – a o działaczce w imię budowy lepszego świata. Po kilku spotkaniach z represjonowanym kiedyś niewidomym księdzem (koło ratunkowe dla filmu – Janusz Gajos), siostrą Benedyktą i ostatecznie (co jest celem jej podróży) Prymasem, ukazuje ludzką twarz i chce uwierzyć w Boga byleby nie czuć tego, co czuje obecne – dezorientacji, poczucia winy i strachu.

Nie do końca wiadomo finalnie w tej całej nieposegregowanej stercie podejmowanych tematów, o co Bugajskiemu chodzi. Bez konsekwencji z jednej strony uczłowiecza na naszych oczach bestie, ale nie robią tego napotkane postaci w filmie. Historia kręci się wkoło, bohaterowie również, jest to zespół powtórzeń i filmowe bieganie w kółko. Ona jest arogancka, księża są aroganccy, nikt się tutaj nie dogaduje, a słów pada dużo – tylko cały czas te same. Ta rywalizacja postaw, jakieś kino drogi naszej bohaterki to zwykła asfaltówka bez widoków, która zalatuje bardzo niewykończonym materiałem.

Zaćma naprawdę sugeruje zaćmę twórczą. Kwestie się powtarzają i nie widać w tym celowości, a dowody na szybkie spranie materiału i pusty bak narracyjny. Na dodatek jest to niestety kino wszystko nazywające – emocje, stany, w którym nic się nie dzieje. Jakby się dłużej zastanowić (a nie ma za bardzo nad czym) – czego nasi bohaterowie nie robią wypowiadając kolejne zdania – a sprawiają wrażenie ogromnych myślicieli. Ich rozmowy to bardziej takie pyskówki, kuksańce, bez jakiejkolwiek siły rażenia. Tak samo nie robią wrażenia sceny, które mają udowodnić bezwzględność bohaterki – to wszystko jest dosyć przezroczyste i ubogie – nie mylić ze skromne – co w kinie jest często cnotą. Tu pustka zionie z narracji i sposobu przedstawienia (nijaka kamera), a nie z wnętrza bohaterki, co byłoby pożądane.

Może filmowi przystanek albo dwa do karykatury i nominacji do „Węży”, ale Bugajski znowu coś dekonspirując w systemie, tym razem umiejscawia go w postaci kobiety niby pokutującej, ale wychodzi mu hucpa bez temperatury, a postaci w filmie są jeszcze zimniejsze od klasztornych murów. Właśnie, to wszystko wydaje się być na niby, a autentyzm nie słyszał o czymś takim jak Zaćma – a o żaden surrealizm Bugajskiemu chyba nie chodziło.

Ocena: 4/10

Zostań naszym królem wirtualnego pióra.
Dołacz do redakcji FDB

Komentarze 2

Małgorzata Czop 2016-11-22

Brawo! Pięknie napisane to, czego ja nie umiałam ubrać w słowa. I wyjątkowo denerwował mnie Kalita z tym podniosłym, duchowym tonem, który zawsze zwiastuje posiadanie jakiejś wiedzy tajemnej jego bohaterów.

Arkadiusz Turek Gooosik 2016-11-22

@Gooosik No to, Siostry, pojechałyście – a takie były oczekiwania ;)

Proszę czekać…