RECENZJA: Kot Bob i ja

Patrząc na wielkiego rudego kota, trudno nie ulec jego urokowi. Mądre oczy, spokojne usposobienie i niezwykłe ciepło nie dają chwili wytchnienia od uśmiechów. Na szczęście Rogerowi Spottiswoode udaje się uniknąć nachalnego szantażu emocjonalnego i brutalnego ogrywania „leczniczych” właściwości puchatego przyjaciela. Kot Bob i ja zasługuje na miano przyjemnego głosiciela dobrej nowiny, pokazując, że każdy zasługuje na drugą szansę.

James (Luke Treadaway) jest uzależniony od narkotyków. Poznajemy go w momencie, kiedy na nowo próbuje pozbierać swoje życie i ponownie przejść na odwyk. Porzucony przez rodzinę jest zdany na siebie i waleczną Val (Joanne Froggatt), pracownicę społeczną, która jako jedyna pokłada w nim nadzieje. Kiedy bezdomny James dostaje pierwsze mieszkanie, bez pytania wprowadza się do niego nachalny współlokator. Rudy kocur, który pomaga wyjść chłopakowi z nałogu, z łatwością mógł stać się śmiesznym symbolem, ogranym schematem i pustym narzędziem do opowiedzenia banalnej historii. Kanadyjski reżyser czyni go jednak pełnoprawnym członkiem narracyjnej struktury. Bob przygląda się światu, w którym postanowił spędzać swe życie, a kamera nie raz przejmuje jego punkt widzenia. Zachwyca jego elegancja, tajemnica i dostojne obserwowanie szalonej rzeczywistości londyńskich ulic.

Pomimo tego że Bob sam wchodzi do życia Jamesa, podejmuje za niego decyzje i staje się jego przewodnikiem, to mężczyzna wywołuje skojarzenia z Małym Księciem. Kot staje się jego Różą, która oswojona wymaga opieki i troski. James musi nauczyć się odpowiedzialności i troski, jeśli nie o sobie, to o drugą istotę w pełni zależną od niego.

Chociaż momentami nad fabułą unosi się duch krytycznego Kena Loacha, kiedy system i sztywne zasady rzucają młodemu chłopakowi kłody pod nogi, Spottiswoode odnajduje sporą dawkę nadziei i uśmiechu. Nie popada w melodramatyzm, a relacja Jamesa z Betty (Ruta Gedmintas) wychodzi poza ramy romantycznej laurki dla zakochiwania się i miłości.

Kot Bob i ja okazuje się sporym zaskoczeniem. Historia zaczerpnięta z życia daleka jest od przerysowanych klisz i wyświechtanego schematu opowieści o nawróceniu i walce o nowe życie. Brak tu wygładzonych i szczęśliwych rozwiązań, które zbliżałyby Jamesa do utopii świata bez nałogu. Pojednanie i miłość podszyte są bólem i nadzieją rokującą na przyszłość. Treadaway zachwyca urokiem bezradnego chłopca, który ponownie staje na nogi i uczy się czerpać radość z życia. Jego głos sprawia, że chce się słuchać utworów śpiewanych przez Jamesa na londyńskich ulicach, ale całe show skrada Bob.

Cieszy fakt, że Kot Bob i ja jest prawdziwie przyjemnym filmem, który wzrusza i bawi, a przy okazji porusza niezwykle ważny temat. W podobnym duchu ostatnio można było zobaczyć Damę w vanie Nicholasa Hytnera, gdzie bezdomna pani znalazła przyjaciela na ostatnie dni swojego życia. Brytyjscy reżyserzy spoglądają na niziny społeczne, widzą ich problemy, ale co najważniejsze nie odbierają im człowieczeństwa i okazji na otrzymanie drugiej szansy.

Kot Bob jest niezwykły w swej naturze. Choć dostarczy nam licznych wzruszeń i zachwytów. Spogląda na nas dużymi, mądrymi oczami, rozmiękczając serca, pozostaje powściągliwy, nieco leniwy i nieodgadniony. Taki też jest film reżysera Jutro nie umiera nigdy – ciepły i sympatyczny, ale kryje w sobie tajemnicę fenomenu szczęścia i przyjaznego losu. Prawdziwe feel-good movie.

Moja ocena: 7/10