Recenzja: Manchester by the Sea

Myślimy, że jak się już raz nauczyliśmy chodzić w życiu, to nigdy nie będziemy musieli tej nauki powtarzać. Jednak Manchester by the Sea w ukutym na tę okazję przeze mnie terminie intymny horror minimalistyczny udowadnia, że życie może pokiereszować gnaty tak bardzo i oduczyć życia za życia całkowicie. Bohater nie jest na kolanach, on stracił czucie w nogach i w całym sobie. Nie pierwszy raz kino opowiada o życiu po osobistym końcu świata, jednak dawno nie było w tym tak czułe, inteligentne i szczere. To nie jest film o tragedii, a życiu z nią dalej – kiedy życie to całodobowy ból.

Konstrukcja tego dramatu każe nam kombinować od początku, chociaż nie jest nad wyraz złożona i skomplikowana, Kenneth Lonergan stawia przed kamerą całą swoją wrażliwość. Widzimy twarz głównego bohatera Lee Chandlera i wiemy, że coś się kiedyś wydarzyło. Nie dowiemy się długo co, ale nie z powodu suspensu narracyjnego, czy potrzeby bawienia się z nami w ciuciubabkę dla urozmaicenia fabuły –* nasz bohater żyje do środka, więc sam się też nie wygada.* Jego wszystkie wnętrzności krzyczą, płaczą i są porozrywane na tysiące parzących go od środka kawałków, jednak ten odwiedza kolejnych klientów i naprawia im usterki w mieszkaniach. Sprząta, naprawia rzeczy zepsute, sam się nią czując i z jedną sobie nie mogąc poradzić. Nagle w jego życiu pojawi się niespodziewany, a na początku niechciany gość, bratanek, którym będzie musiał się zaopiekować po śmierci jego ojca. Lee nie potraktuje tego jako daru aktualizacji życia i odkupienia winy z przeszłości, a raczej jako udrękę, bo tym jest dla niego spotykanie się z ludźmi. Chociaż ci do niego lgną, ten jest jednak wyczerpany, w stanie zerowym – nie ma spazmatycznego szlochu, czy wymiotów emocjonalnych. Dlatego te pojawiają się w widzu. To puls Blue Valentine czy W kręgu miłości, na gorąco, bez kalkulacji.

Powoli dostajemy retrospekcje, w prostym zabiegu, odkrywają co się wydarzyło w jego życiu. Emocje rozpędzone w widzu, zaczynają tylko nabierać prędkości i mnożyć się w zawrotnym tempie. Bo tutaj jest dotknięta istota tragedii bez jej pokazywania bezpośrednio (a to wielka sztuka!!!) reżyser zanurkował głęboko w cudzy ból i dzielimy go z naszym bohaterem – cholernie tragicznym bohaterem. Pojawia się też tutaj jedna z najbardziej bezradnych emocji – strach przed codziennością. Nieumiejętność życia po życiu. Jeden kilkusekundowy incydent zadecydował o wielu latach cierpienia.

Ten film jest bezpośrednim nieporadnikiem jak pokonać strach, nauczyć się żyć z poczuciem winy i nie myśleć codziennie o tym, że nie zasługuje się na życie. Wchodzi pod paznokieć, przyspieszając pracę serca subtelnym katastrofizmem. Emocje cały czas się uintensywniają. Reżyser zostawia w tyle zagrywki i typowe strzały dramatyczne, zdobywa szczyt autentyzmu i się nie chwieje. Umiejętnie, metodą małych kroczków wprowadza akcenty humorystyczne pisane jak gdyby nie przez niego, a przez prozę życia. Manchester by the sea to ogłuszająca salwa dramatyczna, której hałas (a w filmie jest przecież tak cicho i rozsądnie) będzie nam dudnił długo po zakończeniu filmu. Cóż, że dopiero luty, śmiem sądzić, że to jeden z najlepszych filmów tego roku!

Ocena: 9/10