RECENZJA: Kryptonim HHhH

Kino historyczne to prawdziwe wyzwanie. Zwiastun filmu pt. Kryptonim HHhH pozwolił mi pomyśleć, że będzie to przedstawiciel tego gatunku. Oczywiście pojawił się znak zapytania, bo na film dopiero się wybierałem. Skala trudności związana z realizacją takich przedsięwzięć mnie fascynuje. Spróbujmy poczuć, chociaż przez moment jak łatwo jest przekręcić historię, jak łatwo porzucić obiektywizm dla lepszych wyników sprzedaży i wpaść w populistyczny nurt.

Film opowiada o życiu Reinharda Heydricha, jego początkach jako Naczelnego Egzekutora z ramienia III rzeszy oraz Protektora Czech i Moraw. Równolegle z objęciem tego stanowiska dwóch młodych rekrutów zostaje zesłanych do Pragi w celu zabicia Reinharda.

Kino ma to do siebie, że jest pewnego rodzaju sztuką już przed seansem. Magia objawia się po ciemku, a my uczestniczymy w bardzo prywatnym, a zarazem publicznym doznaniu. Siedzimy w fotelu, ale najczęściej są wokół nas ludzie. Forma jest inna, ponieważ mało kto lata do kuchni po kabanosa. Dodatkowe piwo nie chłodzi się w lodówce, a reklama puszczona jest na początku i łatwo ją ominąć spóźniając się chwilę na seans. W sali bierzemy wszystko tu i teraz. Nie ważne, na co się zdecyduje produkcja, przecież i tak postaramy się zostać do końca, w duchu fascynacji kinem albo ceną biletu. Niestety Kryptonim HHhH to nadużycie i próba wciśnięcia nam skondensowanej fabularnie bredni. Najwyraźniej obawiano się, że temat nazizmu jest za słaby i zbyt prosty. Powiem wprost, jak można było tak pomyśleć! Pomysł zakłada streszczenie życia Heydricha i przerzucenie ciężaru ideowego do drugiego obozu. Tam pojawia się braterstwo, walka u podstaw, honor. Małe i spopularyzowane ostatnio tematy, które powinny cieszyć, czasem nawet mobilizował. Po prawdzie druga połowa jest zbytnio nastawiona na heroizm bohaterów, ale przynajmniej „akcja” nie leci jak po grudzie. Lecz i to bywa złudne, gdyż problemem jest zatracenie się w realizacji kina wielu form. Odstępstwo od pierwowzoru sztuki kręcenia filmów historycznych uderza fanów poniżej pasa. Nie daruję im bardzo płytkich wątków miłosnych. Erotyzm ukazany w tym filmie to strasznie infantylna forma wykorzystania porno na ekranie. Liczy się sam akt i trywialne odbycie stosunku. Boli mnie to, tym bardziej że zauważyłem ewidentny trik twórców.

Blondynki, ach blondynki. Kobiety użytkiem i to tanim. Wybitny, polski krytyk filmowy Zygmunt Kałużyński takie wykorzystanie podpisał pod osobę Marilyn Monroe.

Była ona niby idealną realizacją wzoru, który najwidoczniej został ustalony jako najsilniej działający na męskich nabywców, i to na wszystkich: ten sam uśmiech, biust, blond włosy etc.

W tym filmie dwa razy został wykorzystany ten zabieg. Na pozór nie ma w tym nic złego, bo faktycznie kobiety mogły tak wyglądać, ale jest to silnie wątpliwe. Wystarczy spojrzeć na zdjęcie żony Reinharda Heydricha, aby stwierdzić, że daleko jej do Rosmalund Pike, która ją zagrała.

Dalej Pan Kałużyński mówi:

To typ kobiety oczywiście banalny i bezosobowy — ale z drugiej strony reprezentujący doskonałość, jakiej nie spotyka nigdy w życiu.

Właśnie tak, Kryptonim HHhH to film wykorzystujący bardzo tandetne i sprawdzone metody ślizgania się. Daleko tu do autorskiego i niezależnego kina. Producenci ewidentnie chcieli zrobić szybkie, kasowe kino. Aktorzy, którzy grają główne role, nie pasują do swoich pierwowzorów pod względem fizycznym. Pomijam niezłe aktorstwo duetu Rosamund Pike-Jason Clarke, bo tutaj jest tylko marginesem. Poza tym to kino o niemieckim obozie prawda? Przytoczę teraz największy absurd tej produkcji. Reinhard Heydrich mówi, dość przejęty, wręcz na skraju ekspresji… „Jestem Niemcem i zamierzam służyć Führerowi”. Bardzo autentyczny cytat, toż to mocne słowa, szczególnie w języku niemieckim, ale Kryptonim HHhH to inna historia. Jak można oddać moc tych słów, jeżeli przez 110 minut filmu używany jest język angielski, na dodatek ze slangiem amerykańskim? Nawet Słowianie mówią po angielsku. Dla mnie to hańba. Nie rozumiem takiego kina.

Populistyczny nurt odbił się czkawką. Ambicje sięgały realizacyjnego Mount Everestu. Myślę, że nie ma lepszego porównania na to, co zobaczyłem w sali kinowej, na wielkim ekranie. Mam wrażenie, że gdyby ekipa zdecydowała się jedynie na thriller, powstałoby niezłe kino gatunkowe. W takim wypadku możemy ekscytować się jedynie montażem i zimnem, jakie płynie z ekranu. Film, chociaż absurdalny i powielający pomysły użyte już wcześniej jest poprawnie nakręcony i nie ma problemów z prezentacją wartości dodanej. Tyle i tylko tyle.

MOJA OCENA: 2/10


Grzegorz Malinowski
Redaktor FDB. Entuzjasta francuskiej szkoły filmowej i analizy filmu. Każdego dnia stara się poszerzać wiedzę o rzemiośle filmowym. Wolne chwilę spędza z Dziewczyną i najbliższymi. Z Przyjacielem prowadzi wielogodzinne dysputy o prawidłach funkcjonowania tego Świata i kinematografii :)