Piszę, bo wszystko inne mniej lubię. Piszę w przerwach od fantazjowania o upiciu się z Billem Murrayem... albo odwrotnie.

Recenzja: Juliusz 0

Nie będzie ostrzeżenia przed polską komedią romantyczną wchodzącą do kin. Zauważmy, że nie padło słowo "kolejną", ponieważ Juliusz to może nie moment przełomowy w naszej wtórnej i rozleniwionej kinematografii biorącej się za ten gatunek, ale z pewnością udana próba zaprzeczenia, że my to nie umiemy z brawurą, fantazją i łączeniem kilku rodzajów poczucia humoru uciec od ckliwej historii. Juliusz to komediowo zgrabnie rozegrany utwór z dystansem wobec wszystkiego,w nastroju stand-upowej brzytwy, ale też pełna uroku historia o relacjach. Jest intensywnie, ekspresyjnie, ale nie jest to gag goniący gag, a ciągła, porządnie zbudowana historia. Adaś Miauczyński 2.0 w wersji oczywiście nie tak tragikomicznej, jak jego pierwowzór, ale z pewnością czującym się jak w domu wariatów… w świecie wariatów. Co z czasem zaczyna rozumieć i odpowiadać tym samym.

Juliusz to znudzony i całkowicie nieusatysfakcjonowany swoją pracą nauczyciel plastyki. Jego życie to dzień świstaka, który urozmaicają nieustanne problemy z ojcem. Ten jest malarzem podchodzącym do życia z otwartymi ramionami, a nie z założonymi, jak jego syn. Jest po dwóch zawałach i nie unika kolejnego. Ich relacja to ciągłe spięcia poprzez inne spojrzenie na rzeczywistość i obranie strategii wobec świata. Po śmierci matki ojciec ucieka trochę od odpowiedzialności i nieważne jak atrakcyjne są te bohemistyczne schadzki, zdecydowanie nie są potrzebne dla jego syna i nie były, kiedy dorastał. Ten ucieka w świat obrazków. Z ogromnym talentem szkicuje swoją odważną i szczęśliwą wersję siebie i swojego życia. Nadejdzie jednak moment w życiu Juliusza, gdzie jego nieustanne strofowanie ojca przerodzi się w szczere rozmowy, pewne zrozumienie swoich, tłumionych pretensji, ponieważ nasz główny bohater przebędzie intrygującą drogę. Ojciec również uświadomi sobie, jak mało w nim taty, którego Juliusz potrzebuje. Tata kiedyś skoncentrował się na przeżywaniu żałoby po stracie miłości swojego życia w inny sposób. To będzie droga pełna zawijasów, ale do osiągnięcia porozumienia. Człowiek może ze sobą tyle czasu żyć i otwierać buzię, ale tak naprawdę nic nie powiedzieć.

Aleksander Pietrzak w komunikacji ze stand-upowcami połączył zwinną, niepretekstową do forsowania nieustannych śmieszków o różnym poziomie historię o zmianie perspektywy, przełamywaniu barier. To samo też czyni sam film – przełamuje trochę barier w sposobie konstruowania komedii. Niezależnie od okoliczności twórcy udowadniają nam, że śmiać się warto ze wszystkiego. I nie ma w tym nieporadności, a jest zwarta narracyjna masa, gdzie przemyca się różne metody komunikacji z widzem. Czasami zbyt bezpośrednie i mało wysublimowane, jednak przy takiej karuzeli to zrozumiałe.

Są momenty historii o prędkości bolidu, ale też te lekko rozmiękczone, by nie atakować nas bodźcami i nie stać się komunikacyjnie prostackim filmem bezczelnie wyliczonym na efekciarstwo, jak wiele produkcji w naszym kinie. Ta historia chce nam coś opowiedzieć używając do tego humoru, a nie tylko nim rozbawić i ratować od historii napisanej na kolanie.

Do tego dostajemy świetnie wykorzystaną ekspresję głównych bohaterów. Wojciech Mecwaldowski tym razem nie irytuje faktem, że znowu występuje w komedii, ponieważ ma możliwość zbudować kilka poziomów swojej postaci (a umie to robić doskonale) – nie pokazuje tylko głupawych min i przypina nos klauna. Do tego nieprzerysowany, rozpustny, ale gdzieś głęboko bardzo smutny, wyciszający się różnymi środkami malarz zagrany przez Jana Peszka. Bohater pijąc odsłania się, jest w tym dużo gorzkiej (nie tylko żołądkowej) prawdy, a nie tylko prowokuje w nas prymitywny, pusty śmiech na reakcje człowieka pod wpływem. W punkt trafiona jest kreacja Anny Smołowik, która nie ma wprowadzać romantycznej atmosfery i delikatniejszego nastroju, a być postacią, która nieraz zawstydzi krzepkością ich wszystkich. Nie mówiąc już o w punkt trafionych występach gościnnych, epizodycznych – cwaniaczka Macieja Stuhra, dyrektora Andrzeja Chyry będącego rewersem szlachetnej, z poczuciem misji postaci zagranej przez niego w Carte Blanche. Do tego obecność Krzysztofa Materny jako gospodarza imprezy promującego wędliny i Krystyny Jandy jako ambasadorki jest nie tylko aktorsko palce lizać, ale też pełni funkcję celnego komentarza do statusu i sytuacji artysty w obecnej rzeczywistości. Jest to pokazane kpiarsko. Takich uszczypliwości jest tutaj wiele, nikt nie jest nietykalny.

Juliusz jest kinem bardzo komunikatywnym, ale nie zabawnym ku ucieszy gawiedzi, przepełnionym presją "ma być zabawnie". Nie musi, bo mamy tutaj dziarskie opowiadanie. Jednocześnie nie ma na celu być kinem artystycznym. Jest tego w pełni świadomy i dlatego tam gdzie celuje – trafia. Cytując tytuł jednego filmu – To nie jest kolejna komedia dla kretynów. Naprawdę nie jest!

Ocena: 7/10

Zostań naszym królem wirtualnego pióra.
Dołacz do redakcji FDB

Komentarze 1

Agatonik_kochamkino 2018-09-14

Świetna recenzja. Oddaje w pełni moje odczucia po seansie. Ja jestem przede wszystkim pod wrażeniem efektów pracy, tak młodego jeszcze reżysera. Po obejrzeniu jego dwóch poprzednich filmów (aktorskich, ale krótkometrażowych), widzę i konsekwencję i różnorodność w podejściu do poruszanych przez niego tematów. Trzymam za niego kciuki, bo chłopak ma i talent i wie, co chce przekazać.

Proszę czekać…