Niezły odcinek (oprócz kretyńskiej piosenki). Najszybsze dojście do formy, jakie widziałam (liczyłam, że motyw z "Rocky’ego" puszczą trochę dłużej).
Raz się zaśmiałam (na cały, trwający 22 minuty odcinek 😏). Dziewczyna Waldena zaczyna mnie coraz bardziej wkur…wiać. Powrót aptekarza (dzięki Bogu).
Duet Kate & Wal… Sam nudny jak flaki z olejem. BTW Walden serio myśli, że będzie oszukiwał swoją dziewczynę w nieskończoność? Jak on te miliony zarobił, jak pod czaszką ma taki przeciąg?
Chciałam, żeby do obsady dołączyła jakaś nowa postać, no i mam – nudna dziewczyna Waldena, tzn. Sama. A Alan przy kasie znowu zrobił się chujkowaty.
Powrót Kandi (zupełnie o niej zapomniałam), która znowu chce być z Alanem. WTF? Jake jest dumny, że ma rzeżączkę… jprdl. Dzieciak zgłupiał w tym wojsku czy jak?
Wątek z Lyndsey też zaczyna się sypać. Najwyższa pora na nowe postaci. Walden zachowuje się jak Charlie. Ledwo poznał jakąś babkę i już ciągnie ją do łóżka. Gwiazdka wyżej za Sida.
Powrót Miley Cyrus (dzięki Bogu). Wątek Jake’a powoli się wyczerpuje. Na początku był uroczy, potem obleśny, potem był kretynkiem, a teraz przynudza. BTW Dawno nie było Judith i Herba.
Myślałam, że po powrocie Rose i spiknięciu jej z Waldenem, skończył się czas Zoey, a tu lipa. Wróciła i znowu działa mi na nerwy. Swoją drogą faceci traktują Rose w taki, a nie inny sposób, a potem są zdzwieni, że szczuje ich fretkami.
Niestety mnie nie urzekł niczym. Żadnej iskry. Nic. I nie mogę polecić.
Jedyne piękne ujęcie to konie na tle dymiącej pożogi.
Który jednak jest lepszym obrazem.
Proszę czekać…