Thelma 6.7

Początek studiów w Oslo to dla Thelmy (Eili Harboe) początek nowego życia. Młoda kobieta nie tylko musi stawić czoła miłości, lecz także gwałtownym emocjom, których sama nie potrafi nazwać, a wręcz woli ich nie dostrzegać. Czy po tym, jak zawładną życiem jej i jej otoczenia, Thelma stawi czoła pytaniom o własną tożsamość?

Recenzje

Film niczym grająca tajemniczą melodię pozytywka, zaczyna się zacinać. Staje się też strasznie tłocznym kinem. Początkiem składa obietnicę ambitnego kina, ale szybko przestaje dotrzymywać słowa. 5

Tym razem Joachim Trier w swojej filmowej przygodzie postanowił połączyć arthousowy styl opowiadania historii o odkrywaniu swojej tożsamości z różnymi nadnaturalnymi zjawiskami, niepokojącym fantasy. Ta hybryda gatunkowa, na którą postawił reżyser w filmie Thelma zaczyna się od intrygującego filmu coming of age w odważnej, thrillerowej zalewie, ale w trakcie fabuły skręca w inne uliczki, ślepe najczęściej, bo mnożące tematy do przeanalizowania. Przez ich rosnącą liczebność pojawia się się chaos, prostolinijność i wszystko co widzimy staje się o wiele mniej hipnotyzujące, czy zaskakujące.

Thelma zaczyna nowy etap w swoim życiu. Wyprowadza się z domu i rozpoczyna studia, jednak pozostaje w dużej odległości od rodziców tylko fizycznie. Częste telefony mamy i taty, którzy są radykalnymi chrześcijanami, szczegółowe pytania o każdy moment dnia Thelmy, blokują jej usamodzielnianie i ingerują w proces, który powinien nastąpić w jej życiu. W bohaterce początkowo nie powoduje to frustracji. Nie chce próbować czegoś nowego, „tresura” domowa sprawiła, że pojawia się u bohaterki wręcz syndrom sztokholmski. Tak, mówimy o rodzicach, więc to określenie może być przesadne, lecz wraz z ewoluowaniem fabuły, ciężko będzie nazwać ich wyłącznie nadopiekuńczymi.

Bohaterka oblana rumieńcem powoli zaczyna rozumieć, że nie ma żadnej obroży elektronicznej na szyi, są inne poglądy, inny świat, a jego doświadczanie nie wiążę się z ciężkim grzechem. Thelma dowiaduje się też co to znaczy poczuć przyjemność i radość w życiu, bo to właśnie niesie ze sobą wolność. Wszystko podąża w kierunku sensualnej, wypełnionej napięciem, wręcz seksualnym, gdyż pojawia się bardzo znaczący wątek miłosny, przygody o odcinaniu pępowiny. Jednak drastyczne zerwanie Thelmy z wartościami jej rodziny doprowadzi do czegoś straszniejszego, niż gniew rodziców i kary od wykładowców.

Tutaj próbuje wplątać się bardzo atrakcyjnie, ale średnio porozumiewając się już z obecną narracją, element fantasy. Nasza bohaterka ma kilkakrotnie ataki padaczki, potem okazuje się, że cierpi na rzadką chorobą o podłożu psychologicznym. Nie nabyła tego nagle. Rodzice ukrywali przed nią ten fakt, że już w dzieciństwie wykazywała tendencje, które prowadziły do ekstremalnych sytuacji i zmieniły życie jej rodziny nieodwracalnie. Jakby tego było mało, choroba okazuje się dziedziczna, więc Thelma jeszcze dowiaduje się o swojej babci, która wcale nie umarła, a jest w szpitalu psychiatrycznym. „Czuwa” nad nią jej syn, ojciec tytułowej bohaterki – a rozumie przez to zamknięcie jej tam i faszerowanie nadmierną ilością leków uspokajających – sam jest lekarzem.

Tutaj pojawia się ciekawa rozprawa, której powodem jest zawód ojca. Jako doktor bazuje przecież on na wiedzy, nie wierze. Jednak, kiedy pojawiają się rzeczy przekraczające jego rozumowanie i stają się nie do wyjaśnienia medycznie, zaczyna być gorliwym katolikiem. Jest bezsilny wobec mocy, którą posiadała jego matka, a odziedziczyła Thelma. Dziewczyna będąc na wolności i mając świadomość swoich paranormalnych zdolności sprawia, że to nie będzie prosty film o trudach dorastania.

Zamysł reżysera był niesamowity, jednak w wykonaniu jest to bardzo rozproszony obraz, pełen niepotrzebnie doczepionych wózków fabularnych, gdzie plastyczność obrazu i przeszywające spojrzenie głównej bohaterki nie zastąpi tego niedopasowania zwykłego świata z jej niezwykłymi zdolnościami. Prowadzone przez nią dochodzenie, poprzecinane fragmentami z jej przeszłości, film obiecujący początkiem stawianie wielokropków, staje się niesamowicie czytelny, jak i obecne w filmie metafory i symbolika, a wyobraźnia reżysera zostaje spłaszczona przez niego samego tym wielogłosem. Odczuwa się miotanie i zdekoncentrowanie, gdzie energię, jakąś ikrę, eksperymentalne opowiadanie o girlhood, zastępuje anemiczność i brak decyzyjności. Czy kontynuować bezkompromisową walkę o wolność bohaterki, czy zachwycać widza zdolnościami Thelmy nowymi, wizualnymi metodami albo może opowiedzieć intensywną, bezpruderyjną historię miłości kobiety do kobiety, odkrywania w sobie uczucia pożądania. To wszystko zaczyna wylatywać twórcy z rąk. Umiarkowanie i pewna asceza na poziomie wizualnym pozostaje, jednak fabularnie reżyser zaczyna szybko wchodzić sam sobie w słowo, wpada w jakąś kakofonię i pseudointelektualizm. Robi się zbyt tłoczno.

Thelma jest dziełem, które nie potrafi połączyć wszystkich pomysłów w jedno pięknie spięte i dopięte na ostatni guzik dzieło, tylko staje się w pewnym momencie zacinającym się zamkiem błyskawicznym. Dużo ambicji, które na ekranie nie potrafią się zrealizować. Film, który miał wielkie chęci narobić zamieszania zmyślnym połączeniem, nie mówiąc do widza wprost, finalnie sam jest pełen zamieszania i staje się szybko bardzo oczywisty.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie