> i_darek1x o 2012-01-29 03:46 napisał:
> Historia filmu opowiadać będzie o mężczyźnie o imieniu Nick Gerard (Nicolas
> Cage), który jest świadkiem morderstwa żony Laury (January Jones). Mąż chce
> zemścić się na sprawcach więc coraz bardziej zaczyna przenikać do tajemniczej
> podziemnej organizacji.
>
> Ciekawy scenariusz ,film dobrze się ogląda ….
Czy Ty w ogóle widziałeś film? Jak możesz go oceniać i pisać głupoty, skoro go nie oglądałeś?! Skończ pisanie na tym forum i spożytkuj czas na coś innego, np. na obejrzenie filmu.
"który jest świadkiem morderstwa żony Laury" → jego żona została zgwałcona; nie zabito jej tak na marginesie (to niemal początek filmu)
"Mąż chce zemścić się na sprawcach więc coraz bardziej zaczyna przenikać do tajemniczej podziemnej organizacji." → nie wiem jaki masz współczynnik rozumienia oglądanego filmu, ale jeśli faktycznie ten film oglądałeś, to chyba niewielki. Że pozwolę sobie ciebie sparafrazować: żal, żal i jeszcze raz żal.
> juskowiak o 2012-02-08 21:52 napisał:
> Dobry film. Kłopot ze mną jest taki, ze widzialem wersje szwedzka. Po liczbie
> komentarzy pod pierwowzorem na roznych forach widze, ze niewiele osob ogladalo
> ten pierwszy film. szkoda, bo jest bardzo dobry. czy lepszyod finchera? tak,
> moim zdaniem Amerykanie zrobili dobry film, ale nie przebili oryginalu.
Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet nie jest żadnym oryginałem, tylko adaptacją. Zaczyna mnie denerwować, jak ludzie tutaj na forum piszą o jakimś pierwowzorze. Punktem odniesienia dla Stevena Zailliana przy pisaniu scenariusza była książka, a nie szwedzka ekranizacja.
> tamten wciagnal mnie bardziej. na pewno mial lepiej przedstawione postaci, byl
> bardziej brutalny, prawdziwy, nawet sama Szwecja prezentuje sie znacznie
> ciekawiej.
Z postaciami – prawda. Z brutalnością – w sumie też. Ze Szwecją… No może też, ale "Dziewczyna z tatuażem" miała zdecydowanie lepsze zdjęcia.
> tamtego filmu nie ogladal prawie nikt, a ten obejrza wszyscy. szacunek dla
> tworcow, bo nie zawalili sprawy.
No tu się mylisz. Póki co nadal, np. na FDB, więcej oddanych głosów ma wersja szwedzka. Więc twierdzenie, że "tamtego filmu nie ogladal prawie nikt" jest dosyć przesadne.
> po obejrzeniu pierwowzoru siegnalem po drugi tom millenium larssona. nie podobal
> mi sie. dalem sobie spokoj po przeczytaniu 100 stron, ktore nie zrobily na mnie
> wrazeniia.
A czytałeś pierwszy? Bo jeśli chodzi o książkę i jej ekranizacje, to przedstawienie postaci w każdym z omawianych dzieł jest różne. I książka, i obie ekranizacje mają swoje słabe punkty. Książka ma Blomkvista, który jest chodzącym ideałem; film Finchera ma niedopracowany scenariusz, który praktycznie każdą postać pobieżnie traktuje; a w szwedzkiej ekranizacji Noomi Rapace (choć to bardzo dobra aktorka) nie pasowała mi, stworzyła ciekawą postać, ale zabrakło jej książkowej niewinności Lisbeth (co z kolei w wykonaniu Rooney Mary było bezbłędne).
Obejrzę dla uroczej Emmy Stone.
To był hit! Pamiętam, że oglądałem go, gdy byłem mały. I ta muzyka.
Identyczne wrażenie odniosłem, jeśli chodzi o to zdjęcie :)
Słaba adaptacja, ale film dobry – David Fincher stworzył świetny klimat filmu – już od samej czołówki włosy jeżą się na plecach. Ale sama adaptacja nie jest dobra. Fani książki mogą poczuć się rozczarowani. Za dużo Steven Zaillian starał się umieścić w scenariuszu. Przez co po każdej scenie widać było przeogromny pośpiech. Scenarzysta w ogóle nie skupił się na postaciach. Jedynie Lisbeth została bardzo dobrze przedstawiona. A Mikaela widz nie ma sposobności w ogóle poznać tak naprawdę.
Po rozwikłaniu sprawy Harriet jakieś pół godziny trwała sprawa z Wennerströmem – moi znajomi, którzy nie czytali książki nie mieli pojęcia, o co tak naprawdę chodzi z tą aferą. W książce sprawa z Wennerströmem była już po rozwikłaniu zaginięcia Harriet i tam pasowało tak, ale w filmie scenarzysta powinien rozwiązać aferę z Wennerströmem przed znalezieniem mordercy.
Ogólnie 7/10
Również statystowałem swego czasu, m.in. w "Oficerze", gdzie najczęściej widywałem Pawła Małaszyńskiego. Wydał mi się (jak wielu innym osobom) strasznie niemiły. Na planie traktował wszystkich z góry, jakby byli jego sługusami.
A co do pana Szyca… No nie powiem, sympatyczny człowiek, ale bardzo nieodpowiedzialny. Dużo baluje, przez co zdarza mu się na plan spóźniać sporo godzin (rekordowo 5 godzin musieliśmy na niego czekać), ale trzeba na niego czekać. To "gwiazda" bez której film nie ma oglądalności. I wszyscy muszą się z nim męczyć.
No już od paru lat nie statystuję, ale wciąż mam w tej branży znajomych i z tego co wiem Szyc się nie zmienił. I na "Bitwie Warszawskiej" ostro imprezował, a tym bardziej na "Kac Wawa". A co do Małaszyńskiego nie wiem, ale ludzie z reguły się nie zmieniają. Trochę spadła mu popularność, więc może mniej chamski się zrobił.
Małaszyński w dwóch filmach mi się spodobał, a potem zaczął grać mi na nerwach. Podobnie mam z Szycem. Ale może to wynik tego, że obu panów spotkałem na planach filmowych, a nie od dziś wiadomo, że z nimi się ciężko współpracuje.
Z Urbanem w roli Dredda jest taki problem, że ten grymas na jego twarzy (części twarzy) wygląda okropnie sztucznie; a Stallone miał tak naturalnie.
Trzeba przyznać, że pomysł nietuzinkowy :D Dobrze, że wypadków drogowych nie spowodowali – dopiero by mieli promocję: "Latające kukły w kształcie ludzi przyczyną wypadków na drogach Nowego Jorku" :D
Proszę czekać…