Sezon minął, a serialowi w międzyczasie dwie dodatkowe gwiazdki przybyły w mojej ocenie. Choć jeszcze nie do końca pozbył się wad, o których wyżej pisałem, to jednak ciekawie się rozwinął.
Świetny klimat, lekko pisane dialogi, które dobrze się słucha i niesamowite nostalgiczne zdjęcia, zwłaszcza plenerów, czego najlepszym przykładem jest scena z siódmego odcinka, kiedy Agustín siedzi na skarpie. Jeden z lepszych seriali tego roku.
Wydaje mi się, że wpływ śmierci Carla na Ricka byłby ciekawszy, niż odwrotnie. Ale nie wiem, jak to w komiksach rozwiązali :D
Zaiste ten film ma taką obsadę, że aż strach: ponad połowa z nich to wykolejeńcy kina tej gorszej klasy, a ostatnie dokonania samego Rodrigueza nie nastrajają optymistycznie. Póki co w tym roku same rozczarowania, oby SC2 nie było kolejnym.
Ja przez ostatnie tygodnie już i tak psioczyłem na ten sezon, że na finał nie zamierzam. Daje on jakąś iskierkę nadziei, że może przyszły sezon będzie lepszy. Choć mogliby w końcu zabić syna Ricka.
To, że sezon zakończy się cliffhangerem, było pewne, bo tu już tradycja. Myślę, że Tyreese i Carol odegrają jakąś rolę przy ich odbiciu. A odnośnie grupy Daryla zrobili, co tylko mogli, bo jakoś bez sensu byłoby ciągnąć ich wątek w Terminusie.
Finał 4 sezonu – Jeden dobry odcinek na 16. Podsumowując:
- pierwsza połowa sezonu to niepotrzebne przeciąganie wątku Gubernatora,
- druga połowa to ciągłe odcinki z małą ilością postaci na ekranie, w którym nic się nie dzieje, poza szukaniem dawnej ekipy, a i tak było wiadomo, że prędzej czy później się znajdą.
Też sobie darowałem po dwóch odcinkach. Temu serialowi brakuje bluzgów, seksu i… lepszego aktora w głównej roli. Gdyby "Californication" trafił do ogólnodostępnej telewizji, to wyglądałby jak "Rake".
Proszę czekać…