Najsłabszy odcinek – "Banshee" zaczyna spokojnie. Bez ani jednego mordobicia, scena erotyczna z udziałem dublerki, czyli sezon rozpoczął się grzecznie, więc raczej słabo. Kolejnym minusem jest ciągnięcie wątku Królika:/
Generalnie racja z jednym ale. Pluciński usprawiedliwia dziennikarzy duńskich, podając argumenty, że to pastisz, że na okazję rozdania nagród, itp. Idąc tym myśleniem, można wybronić polskich dziennikarzy, którzy w tej akcji też chcieli w zabawny sposób coś wypromować, choć akurat w tym przypadku kogoś (czyt. własną osobę).
A z Twojej listy rozczarowała mnie płyta Hurts, o ile ich debiutancki krążek bardzo mi się podobał, to drugą płytę udało mi się w całości przesłuchać tylko raz.
Dzisiaj tak samo, wystarczy znaleźć się na pudelku, żeby zostać gwiazdą. Ale Kinski nijak nie pasuje mi do schematu pod względów hitów (kinowych):
nr. 1 BO z 1991 r.: Terminator 2: Judgment Day (Arnold)
nr. 2 BO z 1992 r.: Robin Hood: Prince of Thieves (Costner)
itd.
Aktorzy z tej okładki byli w tamtym okresie gwiazdami w takim sensie, że filmy (bądź też jeden film) z ich udziałem biły rekordy frekwencyjne, a Nastassja już wtedy mało co grała. A jak już się pojawiała, to w jakichś skromnych tytułach.
Jesteście pewni, że to ona? Bo ja mam wątpliwości. No i zważywszy na rok (1992) dziwne byłoby umieszczać ją na okładce obok Costnera, Patricka i Arniego, bo wtedy grywała głównie w marnych produkcjach.
Jakby skończył się po dwóch godzinach też mógłbym określić go jako jeden z najlepszych filmów ostatnich lat, ale potem Scorsese tak nieznośnie wpadł w schematyczność, że coś okropnego. Wątek z FBI, z żoną, rozterkami Jordana po prostu jest wpisany w narracyjny schemat wypracowany przez Hollywood. Przez ostatnią godzinę tylko czekałem, aż pojawi się coś zaskakującego, nie pojawiło się, a zabawne gagi też bawiły jakby już mniej. Ostatnimi scenami, jakie mnie rozbawiły, były: telepatyczna rozmowa DiCaprio i Dujardina oraz podrywanie na ławce cioteczki. No bo ile można śmiać się z przemów głoszonych do maniakalnych pracowników?
W pierwszej części ani Skarsgard, ani Dafoe nie wzięli udziału w scenach erotycznych, ten drugi nawet się jeszcze nie w ogóle nie pojawił. Większość scen jest ze Stacy Martin i LaBeoufem oraz masą różnych gości, którzy pojawiają się na bardzo krótko, co ma pokazać przelotność "związków" Joe. No i parę urywków było z Sophie Kennedy Clark. Generalnie scen erotycznych jest dosyć dużo, ale trwają one zaskakująco krótko. Zdecydowanie zeszłoroczne "Życie Adeli" śmielej ukazywało seks, więc o żadnej pornografii w przypadku "Nimfomanki" nie może być mowy.
Największym minusem tego filmu jest to, że jest… za długi. Styl wytworzony od samego początku jest wciągający. Scorsese atakuje widza totalną rozpustą ukazaną w komediowym tonie. Jednak z każdą kolejną minutą działa to coraz bardziej na niekorzyść filmu, bo jak długo można oglądać tę balangę? Czym bardziej zaawansowane jest śledztwo FBI, tym bardziej "Wilk…" wpada w utarte klisze. Szkoda.
Scorsese nie podźwignął do końca wysokiego poziomu narzuconego już od pierwszych minut. Pierwsza połowa filmu to istne szaleństwo dzięki wyjebanym w kosmos gagom. Sorry za język, ale jeśli ktoś się przymierza do obejrzenia tego filmu musi być gotowy na ostrą jazdę bez trzymanki. Rozpusta, dziwki, bluzgi, dragi, hedonizm wylewają się z ekranu hektolitrami.
Ogromny szacunek za odwagę dla Scorsese. Z takiego scenariusza mogło wyjść totalne gówno (jak "Kac Wawa") lub wciągające w stan amoku widowisko. Wyszło to drugie.
7/10
Podnieść zdeptanego ducha – Czekałem na niego i faktycznie bardzo dobry. Ciężko mi określić, czym ten film się wyróżnia od innych coming-of-age movie, bo oglądając go, będziemy mieć przez cały czas odczucie, że gdzieś już to widzieliśmy, ale jednocześnie nie opuszcza mnie wrażenie, że nikt wcześniej w taki sposób tej historii nam nie opowiedział. Jest to dramat, w którym nie zobaczymy rozśmieszających scen. Tutaj osobistych tragedii jest tak wiele, że starczyłoby na obdarowanie kilku hollywoodzkich produkcji. Jednak w każdym kadrze da się dostrzec promyk nadziei, pozytywną wiązkę energii, która ociepli nawet najbardziej zmrożone serce. "Przechowalnia numer 12" to przykład siły gatunku dramedy. Zdobył mnie, tak że nawet superoptymistyczna końcówka nie psuje końcowego wrażenia.
I buziak dla Brie za świetną rolę :*
Proszę czekać…