RECENZJA: Las, 4 rano

Najnowszy film Jana Jakuba Kolskiego to kino terapeutyczne – niestety, jego leczniczy wymiar oddziałuje jedynie na twórcę, pozbawiając widza upragnionego doznania katharsis. Ostatecznie odbiorca staje się tylko obserwatorem swoistej psychoanalizy, a nie jej bezpośrednim uczestnikiem. Las, 4 rano próbuje hipnotyzować widza walorami wizualnymi, wprowadzać go w pozorną przestrzeń dyskursywną; nic z tego nie sprawdza się w trakcie seansu, gdyż oniryczna wizja puszczy i mieszkającego w niej pustelnika co chwila zaburzona zostaje wkraczaniem płaszczyzny realnej – cywilizacji.

Depresja twórcy umiejscowiona w konkretnej produkcji, choć działa leczniczo na jej autora, rzadko niesie za sobą wartości uniwersalne, skłonne do pełnej akceptacji nawet przez wysublimowanego odbiorcę. Ojciec Artura Urbańskiego stał się nieudolnym, artystyczny bełkotem, Antychrysta Larsa von Triera zanurzono w nadmiernej symbolice nie dającej się objąć w całości, a 11 minut Skolimowskiego stanowiło mierne, pretensjonalne kino lęku wywołanego proroczą katastrofą. Kolski zachowuje w Lesie jasność przekazu, nie bawiąc się w meandry skojarzeń, których sens rozumie jedynie ich twórca. Trudno odciąć film od treści nie związanych bezpośrednio z zawartością produkcji, znając tragiczną historię jej reżysera. Zresztą sam Kolski nie kryje się z terapeutycznym wymiarem Lasu – już sam wstęp opatrzony został planszą, w której twórca dedykuje swoje dzieło zmarłej córce, a późniejsze motywy autobiograficzne jeszcze bardziej uwypuklają próbę zrzucenia ciężaru przeszłości.

Forst (Krzysztof Majchrzak) to dobrze prosperujący biznesmen, szef, swoisty kreacjonista swojej firmy – wszystko zmienia się, gdy mężczyzna widzi w jednym z wyścigów rajdowych scenę bliźniaczo podobną do wypadku, który miał duży wpływ na jego życie. Od tej chwili bohater odrzuca wartości materialne, ucieka w las, buduje chatkę i zostaje pustelnikiem. W jego osamotnionym życiu pojawiają się dwie kobiety: prostytutka Nata (Olga Bołądź) i nastolatka Jadzia (Maria Blandzi). Każda z wymienionych postaci ucierpiała przez miłość, dysfunkcyjną, utraconą, nigdy nie poznaną. Ból wewnętrzny utożsamiony zostaje z trójnogim psem, stale towarzyszącym bohaterom produkcji. Jednak gdy Kolski wraz ze współscenarzystą, Majchrzakiem, przechodzą do szkicowania interakcji między bohaterami popadają w trywialność i powtarzalność. O ile wzajemne współżycie z Natą niesie za sobą bajkową lekkość dwóch osób zranionych w sferze uczuć, tak relacja Forsta z Jadzią opiera się na scenkach gagowych, które faktycznie wyzbywają Las z pretensjonalnych ram, są jednak przewidywalne i powtarzalne.

Kolski stara się wprowadzić widza w oniryczny trans, jednak czyni to nad wyraz nieudolnie. Baśniowa płaszczyzna kłóci się z cywilizacyjnym światem, który co chwila narusza jej granice, wyzbywając historię z poczucia odcięcia od czasu i miejsca. Las przestaje być przestrzenią metaforyczną, dyskursywną – staje się namacalnym miejscem, faktycznie istniejącym w świecie przedstawionym. No właśnie, reżyser i scenarzysta nie radzi sobie z oddaniem miejskości, przestrzeni czasu współczesnego, co pokazał już w dwóch poprzednich filmach (Zabić bobra oraz Serce, serduszko). Podobnie, jak scenki gagowe, cywilizacja zaburza tu tempo narracji filmu, nie pozwalając widzowi skupić się na kontemplacji przyrody. Osadzając Las, 4-tą rano w świecie realnym, twórca podaje fatalne lokacje produktów (podpaski Always, baton Kit-kat), tym bardziej wytrącając film z bajkowej konwencji.

Z drugiej strony Las, 4 rano to istna szarża aktorska. Krzysztof Majchrzak, powracający do Kolskiego po 11 latach, tworzy klarowną i wiarygodną postać mężczyzny, na którym ciążą demony przeszłości. Forst jako samotny, zakapturzony gigant przechadzający się po jałowym i opustoszałym lesie tworzy kontemplacyjną ikonę współczesnego pustelnika. Równie dobrze w swojej roli wypada Olga Bołądź – jej prostytutka odstaje od kliszy bezmyślnej ladacznicy, jest wrażliwa i oddana. Mimo tradycyjnego, „skąpego”, kiczowatego ubioru widz odczytuje jej wewnętrzne piękno.

Las, 4 rano to klarowna i symboliczna wizja wyjścia z depresji, umiejscowienia się w ciszy i spokoju. Kolski nie popada w megalomanię, jest jasny i czytelny – niestety nie poruszający. Terapia autora nie staje się terapią widza.

Moja ocena: 4/10


Kornel Nocoń
Filmoznawca. Fan kina niekonwencjonalnego, oderwanego od ogólnie obowiązujących schematów. Mimo to ogląda wszystko, co tylko wpadnie mu w ręce – począwszy od produkcji klasy B, skończywszy na nowofalowych naleciałościach każdego z europejskich krajów.