Piszę, bo wszystko inne mniej lubię. Piszę w przerwach od fantazjowania o upiciu się z Billem Murrayem... albo odwrotnie.

Recenzja: Gold 0

Ileż już mieliśmy filmów od zera do bohatera? Ileż już było historii afirmujących pracę u podstaw, machających palcem na łatwe i szybie wzbogacene się. Przeżyjmy to jeszcze raz w biograficznej historii Gold opowiadającej o jednej z kultowych postaci, która poruszyła rynek metali szlachetnych, nie zawsze szlachetnymi metodami. Bohater krzyczy „I have a dream, gold dream”. Też można mieć sen o wielkim filmie, jednak dostajemy coś co naśladuje wielkie kino. Tak naprawdę to kino efekciarskie, a nie efektywne.

Nasz bohater – Kenny Walles – jest ekscentryczną i pełną werwy postacią. Idealny rewolucjonista, bez instynktu samozachowawczego i pasów bezpieczeńtwa, z wizją i determinacją. Posiada cały pakiet do kontynuowania dzieła ojca, jednak firma jest na grancy bankructwa. W pewnym momencie, wiedziony impulsem (co jest dla niego bardzo charkaterystyczne) rusza do Azji Południowo-Wschodniej. Tam spotyka lokalnego poszukiwacza drogocennych kryształów, z którym spisuje umowę na serwetce, kiedy udaje się mu przekonać go do swojej, z początku wariackiej, wizji. Jednak Kenny Walles to postać charyzmatyczna, która portafi przekonać, że z pustego można nalać, a na pustyni znaleźć wodę. Nie brakuje naszemu bohaterowi przeszkód i nie lekko się je pokonuje, jednak od początku wiemy do czego to zmierza.

Filmowi już tak czarowanie nie wychodzi. Jeżeli rozebrać całą przestronność tego kina fizyczną, nie fabularną, brawurowość i dzikość serc, a właściwie jednego, to widzimy po protu Wilka z Wall Street zmieszanego i wstrząśnętego z filozofią dudeismu. Znaczące jest, że przewidywalna fabuła od zera do bohatera i osiągnięcia dnia, by uśwadomić sobie co jest najważniejsze w życiu, prędzej czy później dociera do refleksji o naszym sowizdrzale, którego nie zamroczył alkohol spożywany w sporych ilościach i nigdy niewyjmowany z ust papieros. Świadczy to o jednym: na polu bitwy o kino wybitne znajduje się tylko jeden walczący – Matthew McConaughey. To jest apluaz dla niego, ale spora porażka filmu – ten nie ma nic nowego do zaproponowania.

Energia i dopamina z filmu Gold nie ma źródła w fabule, która jest przewidywalna i uderza w tony amerykańskiego snu oraz tego, że każy może wszystko – jakiejś łobuzerskiej lekcji couchingu – to wszytko opiera się na bezkompromisowej kreacji głównego bohatera. Blaski i cienie walki o rzeczy wielkie, gdzie blask jest przewidywalny, a cienie w ogóle niegroźne. Gold to bardziej tombak.

Ocena: 5,5/10

Zostań naszym królem wirtualnego pióra.
Dołacz do redakcji FDB

Komentarze 0

Skomentuj jako pierwszy.

Proszę czekać…